Mężczyzna około pięćdziesiątki siedział w szpitalnej stołówce i, szybko zjadłszy swoją kaszę, patrzył głodnymi oczami na wydającą jedzenie. Wzrok głodnego człowieka potrafi zbić z tropu. Kucharka, Marina-Luiza, nie wytrzymała i zapytała:

— Co, monsieur, głodny?

Odpowiedź padła natychmiast:

— Tak.

— No to podejdź, dołożę, dużo zostało.

*

Jadł tak, jakby od tygodni nic nie jadł — jedną porcję, drugą, trzecią. A Marina-Luiza patrzyła na niego coraz uważniej.

Tak zaczęła się ich cicha, niewidoczna dla innych historia.

Igor Laurentowicz Kraus leżał w szpitalu trzeci dzień — wysokie ciśnienie męczyło go całą jesień. W jego rodzinnej wsi lekarza nie było od dwudziestu lat. Lekarka, Vera Ioannowna Palmier, zmarła, a nowej nie przysłano: „nie ma lekarzy”, „nikt nie chce jechać na koniec świata”.

Igor mieszkał z dziewięćdziesięcioletnią matką, Pauline Kraus. Pracy we wsi nie było. On jednak trzymał się dzielnie: hodował kury, świnie, naprawiał dom, opiekował się matką. Tak wyglądała jego codzienność.

Jego żona, Sylvia, odeszła z dziećmi do miasta. On latami zawoził im pieniądze. Potem został odesłany. Zostały alimenty, samotność i ciężka praca.

W szpitalu Marina-Luiza zaczęła patrzeć na niego inaczej. Dawała mu dokładki, broniła przed plotkującymi kobietami, troszczyła się o niego — a on tylko czerwienił się i cicho dziękował.

*

Kiedy Igor zaproponował:

— Pozwoli pani, że naprawię te krzesła?

— — ona zaskoczyła się, jak sprawne ma ręce.
A kiedy się ogolił — zobaczyła, że wygląda znacznie młodziej.

Im dłużej rozmawiali, tym trudniej było jej ukryć ciepło, które pojawiało się w jej oczach.

Pewnego dnia powiedziała:

— U mnie w domu gniazdka iskrzą, kran cieknie… Jeśli pan się nie obrazi, naprawiłby pan to? Zapłacę.

Igor aż się speszył:

— Zrobię za darmo, pani Marina-Luizo.

Naprawił wszystko. A ona ugotowała mu barszcz.

*

W jej spojrzeniu było to, czego bała się nazwać.

Wieczorem powiedziała:

— Nigdzie dziś pana nie puszczę. Zostanie pan na noc. Pościelę w salonie.

On chciał odmówić, ale została silniejsza od jego argumentów.

Nocą Igor długo nie mógł zasnąć.
„Jutro wyjadę. Tak trzeba. Tak będzie lepiej…”

Ale serce drgnęło, gdy w myślach pojawiło się dawno zapomniane słowo: „miłość”.

*

Rano obudził go zapach smażonego mięsa. Marina-Luiza nie spała — przygotowała śniadanie i pierogi w drogę. On jadł i tylko szeptał:

— Nie trzeba było…

Ona się uśmiechała. W jej spojrzeniu była czułość.

Rozstanie było bolesne.
A w jego oczach — coś, czego nie potrafił nazwać.

W domu matka powiedziała:

— Jedź do niej. Zapytaj wprost. Zagubisz się w domysłach.

*

I Igor pojechał.

Stał na wietrze, czekał na prom, myślał o każdym słowie, które wypowie.
A Marina-Luiza kończyła zmianę. Wyszła na schody szpitala…

I zobaczyła go.

Stał w tym samym płaszczu.
Na czapce miał górkę śniegu.
Czekał długo.

— Marina-Luiza… — zaczął niepewnie. — Przyjechałem powiedzieć, że mojej mamie bardzo smakowały pani pierogi…

Ona uśmiechnęła się:

— Tylko po to pan przyjechał?

*

On zamilkł, zawstydzony.

Ona wzięła go za rękę:

— Chodźmy. Zaraz odjedzie autobus.

To było proste. Prawdziwe. Dwoje dorosłych, samotnych ludzi.

Dwa tygodnie mieszkali razem — i były to najpiękniejsze dni.
Pojechali do Pauliny, otrzymali błogosławieństwo.
Zamieszkali razem.

*

Zdecydowali się pobrać.

I dokładnie tydzień przed ślubem…

gdy przyszli do jej przyjaciółki, Oksany…

drzwi nagle się otworzyły — a Igor zbladł, jakby zobaczył ducha z przeszłości. 

W progu stała kobieta około trzydziestu pięciu lat — zadbana, pewna siebie, z drogą torebką.
Spojrzała na Igora i szepnęła:

— Igor?..

Marina-Luiza poczuła, jak coś ścisnęło jej serce.

— Sylvia… — wyszeptał Igor.

*

Oksana pobladła:

— Dziewczyny… spokojnie…

Ale spokoju nie było.

Sylvia zrobiła krok naprzód.

— To ona? — zapytała, patrząc na Marinę-Luizę.

— Tak. — odpowiedział Igor. — Jesteśmy razem.

Sylvia odetchnęła.
Nie gniewnie — raczej smutno.

— Przyjechałam powiedzieć, że dzieci chcą cię zobaczyć.
Cały czas o ciebie pytają.

*

Igor opuścił wzrok.

— Nie wiedziałem, że… im zależy.

Sylvia spojrzała mu prosto w oczy.

— Bardziej, niż myślisz.

Marina-Luiza spojrzała na niego łagodnie.

— Igor. Jedź. Zobacz dzieci.

On od razu zaprzeczył:

— Nie opuszczę cię.

*

Ale w jego oczach czaiła się wina, wahanie, ciężar lat.

Ona dotknęła jego dłoni.

— Pojedź. Jeśli trzeba — idź.

On skinął głową.

Pojechał.
Nie na jeden dzień — na trzy.

A kiedy wrócił, w dłoniach trzymał dziecięce rysunki — słońce, dom, człowieczek z brodą.
Podpis: „Tata”.

Wszedł do mieszkania cicho.
Marina-Luiza siedziała przy stole, piła herbatę.

*

Położył rysunki przed nią.

— Powiedziały, że… czekały na mnie wszystkie te lata.
I że chcą poznać kobietę, która przywróciła ich ojca do życia.

Ona podniosła na niego wzrok.

Usiadł obok, ujął jej dłoń.

— Wybieram ciebie.
Ale… jeśli nie masz nic przeciwko… chcę, żeby dzieci były częścią naszego życia.

Marina-Luiza patrzyła długo, bardzo długo.

A potem skinęła głową.

I uśmiechnęła się tak, jak nie uśmiechała się od lat.

*

Tydzień później siedzieli we trójkę — Igor, Marina-Luiza i Paulina — w wiejskim domu przy gorącej piecyku.
Za oknem padał śnieg.
Paulina nalała herbaty i powiedziała:

— Żyjcie, dzieci. Tak, jak wam Pan Bóg pozwolił. Nie zmarnujcie tego.

Igor ścisnął dłoń Mariny-Luizy.

A ona po raz pierwszy poczuła, że jest tam, gdzie powinna.

I że to nie była bajka.
To było życie — wreszcie odwrócone twarzą do nich.