Telefon zawibrował na stole, pokazując powiadomienie z portalu społecznościowego.
Cristina Roberti, moja teściowa, dodała nowe zdjęcie.
Podpis brzmiał radośnie i beztrosko:
„Korzystam z hiszpańskiego słoneczka!”

Powiększyłam tło — zupełnie odruchowo.

I zobaczyłam ich.

*

Mój mąż, Daniel, obejmował moją młodszą siostrę Lię.
Lia śmiała się, odchylając głowę — tak, jak robiła to zawsze, gdy była naprawdę szczęśliwa.
Jego dłoń spoczywała na jej talii pewnie.
Zbyt pewnie.
Zbyt znajomo.

Świat się nie zawalił.
Nic we mnie nie pękło.
Po prostu patrzyłam — i wreszcie zobaczyłam całość.

Jego „nagłe zebrania”.
Jej „tajemniczy adorator”.
Jego irytacja, gdy prosiłam o telefon.
Jej uciekający wzrok na rodzinnym obiedzie.
Jego słowa po mojej nieudanej ciąży:
„Anna, musisz odpocząć…”
Jej cichy szept:
„Może po prostu nie jest wam pisane?”

*

Puzzle ułożyły się same.

Zrobiłam zrzut ekranu.
Przycięłam zdjęcie, zostawiając tylko ich dwoje.
Wysłałam Lii. Bez słowa.

Zadzwoniłam do Daniela.
W tle słychać było szum fal i muzykę.

— Tak, Ann, cześć. Jestem na zebraniu…

— W Hamburgu? — zapytałam spokojnie. — Jak tam pogoda?

Zamilkł na sekundę.

*

— Normalna… robocza…

— Świetnie. Oddzwoń, gdy skończysz „delegację”.

Rozłączyłam się.

Po minucie zadzwoniła Cristina.
Najwyraźniej przeczytała mój komentarz pod zdjęciem:

„Uroczo! Przekażcie pozdrowienia Danielowi i Lii!”

Zignorowałam połączenie i otworzyłam aplikację bankową.

W minutę przelałam wszystkie pieniądze ze wspólnego konta na swoje.
Zablokowałam kartę.

*

Niech odpoczywają.
Teraz — za swoje.

Telefon eksplodował połączeniami.

Najpierw Lia:
„Zwariowałaś?!”
„Usuń komentarz!”
„To fotomontaż!”
„Spotkaliśmy się przypadkiem!”

Przypadkiem?
W innym kraju?
W tym samym hotelu?

Potem Daniel:
„Dlaczego karta nie działa?!”
„Co ty wyprawiasz?!”
„Odbierz NATYCHMIAST!”

*

Milczałam, wkładając jego rzeczy do walizki.

Zadzwoniła mama.
Broniła Lii.
Radziła „być mądrzejszą”.

Rozłączyłam się.

Przyszły wiadomości od teściowej — pełne jadu:
„Zawsze wiedziałam, że jesteś żmiją! Lia jest lepsza! Daniel będzie szczęśliwy bez ciebie!”

Zablokowałam ją.

Zrobiłam zdjęcie spakowanej walizki.
Wysłałam Danielowi:

*

„Czeka na ciebie. Tak samo jak dokumenty rozwodowe.”

Pięć dni ciszy.
Zmieniłam zamki.
Porozmawiałam z adwokatem.
Zadzwoniłam do szefa męża — Oliviera Simonovicia.
Powiedziałam tylko, że „martwię się”, bo Daniel nagle poleciał do Hiszpanii zamiast pracować w Niemczech.

Olivier zrozumiał wszystko.

Na piąty dzień wieczorem — dzwonek do drzwi.

Przez judasza zobaczyłam ich.
Zmęczeni. Spaleni słońcem. Rozwścieczeni.

Nie otworzyłam.

*

— Anna, otwórz! — ryknął Daniel. — Przestań robić cyrk!

Spróbował włożyć klucz.
Bezskutecznie.

Otworzyłam na łańcuch.

— Czego chcecie? — zapytałam uprzejmie.

— Przyszedłem do domu! — syknął Daniel.

— To mój dom. Twój — tam, gdzie Lia.

Lia wystąpiła do przodu:

— Przestań grać ofiarę! Daniel mnie kocha! Musisz to zaakceptować! I tak nic mu nie dajesz — ani namiętności, ani dziecka!

Cios był celny.
Okrutny.

*

Oni oboje wiedzieli, jak bardzo boli.

Już miałam zamknąć drzwi, gdy…

po schodach rozległy się szybkie, ciężkie kroki.

Ktoś szedł prosto w naszą stronę.

Lia zesztywniała.
Daniel pobladł.

Podniosłam wzrok na klatkę schodową…

I zobaczyłam sylwetkę.

— Anna? Musimy porozmawiać. Natychmiast. — powiedział mężczyzna.

Na półpiętrze stał Olivier Simonović, szef Daniela.
Wysoki, opanowany, z tym spojrzeniem, pod którym dorosły mężczyzna czuje się jak uczeń.

*

Daniel zbladł jak papier.

— Panie Simonović… ja… mogę wszystko wyjaśnić…

Olivier zszedł powoli po schodach.

— Wyjaśnij. Teraz. I najlepiej prawdę.

Daniel zaczął się jąkać.

— To… osobiste okoliczności…

— Osobiste? — Olivier chłodno się uśmiechnął. — Zawaliłeś projekt. Inwestorzy stracili pieniądze. Firma również. A ty w tym czasie odpoczywałeś w Hiszpanii — na koszt żony.

Lia odsunęła się pod ścianę.

— Ja… nie miałam pojęcia…

— Miałaś, pani Lio. Tak samo jak on — odparł twardo Olivier.

*

Wyjął teczkę.

— Z dniem dzisiejszym jesteś zwolniony, Danielu. Bez możliwości powrotu.

Daniel osunął się na kolana.

— Proszę… błagam… naprawię wszystko…

— Swoją szansę dostałeś dawno temu — powiedział Olivier chłodno.

Odwrócił się do mnie.

— Anno, jeśli będziesz potrzebować wsparcia prawnego — zadzwoń. Mam wszystkie dowody.

Skinęłam głową.
Olivier odszedł.

*

Daniel łkał:

— Anno… pozwól wejść… porozmawiajmy… proszę…

Otworzyłam drzwi tylko na tyle, by wysunąć walizkę.

— To wszystko, co ci zostało.

— Anno, proszę…

— Za późno, Danielu.

Zamknęłam drzwi.
Cicho.
Ostatecznie.

*

W mieszkaniu zapanowała cisza.
Czysta.
Prawdziwa.

Zaparzyłam herbatę.
Usiadłam przy stole.

I zrozumiałam, że pierwszy raz od lat…

oddycham swobodnie.