Pewnego poranka Elena została nazwana przez męża Julią.
Mąż przytulił się do niej, objął ją ramieniem i szepnął do ucha:
— Dzień dobry, Julio.
Po czym słodko zasnął dalej.
A Elena obudziła się.
Otworzyła oczy i znieruchomiała, bojąc się nawet mrugnąć. W środku ogarnął ją chłód — nie nagły, lecz powolny, jakby zimno podnosiło się z samego dna jej ciała.
Jak to się stało?
Dlaczego powiedział to tak naturalnie?
I do kogo właściwie?
*
Leżała, wpatrując się w sufit, i próbowała przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz czuła się przy nim naprawdę potrzebna. Przecież wszystko było dobrze. A może tylko bardzo chciała w to wierzyć?
Mąż poruszył się, ziewnął.
— Elli… jaka ty zimna — mruknął. — Aż mnie sen przeszedł. Wszystko w porządku? Lato przecież, a ty marzniesz pod kołdrą. Zrobię herbatę.
Mówił spokojnie, niemal troskliwie — i właśnie to było najbardziej przerażające.
Martin poszedł do kuchni, pogwizdując wesołą melodię. Dla niego poranek był zupełnie zwyczajny.
Elena jeszcze chwilę leżała, potem ciężko wstała i poszła się umyć. Nogi miała jak z ołowiu, w głowie szum, pustka.
Może naprawdę mi się przesłyszało? Elli… Julia… podobnie brzmią.
— Będą racuchy? — zapytał Martin, nalewając herbatę.
— Rano nazwałeś mnie Julią — powiedziała.
— Co, kochanie?
— Nie udawaj. Nazwałeś mnie Julią.
Uśmiechnął się krzywo.
— Przesłyszało ci się. Elli, Julia — senna pomyłka. Dlatego jesteś taka ponura? Ach, kobiety… Sama sobie coś wymyśliłaś, sama się obraziłaś. Pojadę do pracy głodny.
*
Wyszedł, nie oglądając się.
I wtedy Elena zrozumiała: on nawet się nie przestraszył.
Błąkała się jeszcze po domu, podlewała kwiaty, smażyła racuchy, ubierała się — wszystko mechanicznie. Potem pojechała do jego biura, wciąż próbując wmówić sobie, że to był błąd.
W recepcji siedziała nowa sekretarka.
Młoda. Spokojna. Pewna siebie.
— Dzień dobry. Do Martina? — zapytała uprzejmie.
Elena skinęła głową i usiadła. Serce biło jej w gardle. Patrzyła na zadbane paznokcie dziewczyny, cienki łańcuszek na szyi, pewne ruchy — i czuła, jak w jej głowie układa się zbyt jasny obraz.
— Jak masz na imię? — zapytała niespodziewanie sama dla siebie.
Sekretarka uśmiechnęła się.
— Julia.
Imię zabrzmiało cicho. Zupełnie zwyczajnie.
Elena wstała.
*
— Proszę przekazać Martinowi, że wieczorem przyjadę po swoje rzeczy — powiedziała spokojnie. — I… niech się nie martwi. Racuchy jednak zrobiłam.
Sekretarka mrugnęła zdezorientowana, ale Elena była już w drodze do wyjścia.
W domu działała bez pośpiechu. Spakowała dokumenty, znalazła teczkę z papierami, do której dawno nie zaglądała, wyciągnęła walizkę. Bez łez. Bez histerii. Tylko dziwny, nienazwany spokój.
Kiedy Martin wrócił wieczorem, stała już przy drzwiach.
— Co ty taka? — zaczął swoim zwykłym tonem. — Słuchaj, rano wszystko źle zrozumiałaś…
— Nazwałeś mnie Julią — powiedziała spokojnie. — A dziś ją poznałam.
Zamilkł. Po raz pierwszy — naprawdę.
— Elli, to nie jest tak, jak myślisz…
— Najgorsze nawet nie jest to — przerwała mu. — Najgorsze jest to, że rano nawet się nie przestraszyłeś. Byłeś pewien, że to połknę. Jak zawsze.
Wzięła walizkę.
— Nie jestem już cichą przystanią, Martin. Jestem człowiekiem.
Nie odpowiedział.
*
Pół roku później Elena mieszkała w innym mieszkaniu. Pracowała więcej. Spała spokojniej. Czasem łapała się na tym, że uśmiecha się bez powodu.
Imię Julia nie wywoływało już bólu. Zostało tam, gdzie było jego miejsce — w cudzym życiu.
A pewnego ranka, budząc się w ciszy, Elena nagle zrozumiała:
nikt już nie nazywa jej cudzym imieniem.
I to był najlepszy poranek od wielu lat.