— Teraz się ubierasz, jedziesz do swojej matki, mówisz jej prawdę i zabierasz klucze do naszego mieszkania!
— Lina…
— Natychmiast, Thomas. Albo ja pakuję rzeczy. Nie żartuję. Mam dość bycia piorunochronem. Jesteś dorosłym mężczyzną, samodzielnym, troskliwym… kiedy twojej matki nie ma obok.
Thomas milczał. Patrzył na żonę i rozumiał: to nie była histeria. To było ultimatum.
I tym razem nie da się tego obrócić w żart.
Thomas, trzydziestoczteroletni kierownik działu sprzedaży w dużej firmie IT, człowiek, który jeszcze wczoraj potrafił zażegnać najtrudniejszy konflikt z dostawcami, teraz
*
przypominał ucznia, który uciekł z klasówki.
Stał przy kuchennym oknie i żuł w ustach — jak mówiła Angelina — „rakową pałeczkę”.
— Thomas, mógłbyś chociaż włączyć okap — rzuciła. — Znowu cała kuchnia pachnie wiśnią. Ile razy prosiłam, żebyś nie palił w mieszkaniu!
— Już kończę, Lina… — drgnął nerwowo, zerkając w stronę przedpokoju. — Nerwy mam w rozsypce. Matka wczoraj dzwoniła, pytała, czemu nie przyjeżdżamy do niej na weekend.
Angelina zakręciła wodę i wytarła ręce ręcznikiem.
— I co jej powiedziałeś?
— Że mam raport. I że boli cię głowa.
— Świetnie. Teraz jeszcze jestem chora. Dzięki.
*
Wyrzucił niedopałek przez okno, podszedł i objął ją od tyłu.
— Nie gniewaj się. Gdybym powiedział jej prawdę, obraziłaby się na pół roku. A potem położyłaby się z ciśnieniem.
— I tak się położy — zmęczonym głosem odpowiedziała Angelina. — To jej ulubiony sport — szantaż ciśnieniomierzem.
Klucz obrócił się w zamku.
Oboje drgnęli.
— Mama… — wyszeptał Thomas.
Drzwi się otworzyły.
— Dzieci! Śpicie? Przejeżdżałam obok, pomyślałam, że wpadnę — przyniosłam placuszki!
Do przedpokoju wpłynęła Margaret Wilson — kobieta-czołg, kobieta-katastrofa.
Thomas pobladł. Kuchnia nie była przewietrzona. W kieszeni — paczka cygaretek.
Margaret już zdejmowała płaszcz, skanując mieszkanie wzrokiem.
— No co wy tacy obcy, nie witacie matki?
*
Weszła do kuchni. Thomas szarpnął się, wyciągnął paczkę i wcisnął ją Angelinie w rękę.
— Na… trzymaj…
Angelina znieruchomiała.
— Oj! — Margaret stanęła w drzwiach. — Śniadanie o dwunastej? No tak, bogaci mają swoje zwyczaje.
Jej wzrok padł na paczkę.
Cisza.
— Angelina… — głos jej zadrżał. — Ty… palisz?!
— To… cygaretki — odpowiedziała.
— Palisz?! W mieszkaniu mojego syna?!
Margaret opadła na krzesło.
— Thomas! Biedny mój chłopiec, jak ty to znosisz?!
— Mamo, przestań…
— Kobieta powinna pachnieć czystością! A od ciebie czym pachnie? Spalonymi liśćmi?!
— Zmieńmy temat — powiedziała chłodno Angelina.
— Nie! Dbam o zdrowie rodziny!
Thomas od dziecka miał słabe płuca! On nigdy tego świństwa nie brał do ust!
*
Uśmiechnęła się do syna.
— Bierz przykład z męża. To złoto. Nie pali, nie pije.
Angelina spojrzała na Thomasa. Milczał.
— Pójdę pod prysznic — powiedziała. — A wy tu… porozmawiajcie.
W łazience szumiała woda. Bolało nie przez słowa.
Bolało dlatego, że mąż zasłonił się nią jak tarczą.
Gdy wyszła — Margaret już nie było.
Thomas siedział w salonie przed wyłączonym telewizorem.
— Lina… przepraszam. Spanikałem.
— Odruch? — zapytała spokojnie. —
Odruch to cofnięcie ręki od ognia.
A ty zrobiłeś podłość.
— Ona by mi truła życie miesiącami! A tobie pogadała i zapomniała!
— Czyli żona ma to znieść, byle synek był w białym płaszczu?
— Chciałem oszczędzić jej nerwy! Ma sześćdziesiąt pięć lat!
— A moje nerwy? — Angelina zrobiła krok w jego stronę. —
Mam trzydzieści. Ich oszczędzać nie trzeba?
Thomas znieruchomiał.
*
Angelina odwróciła się i poszła do sypialni.
— Lina… dokąd idziesz?
Zobaczył, jak wyciąga z szafy torbę podróżną.
— Poczekaj… — głos mu się załamał. — Co ty robisz?
Angelina włożyła do torby pierwszą rzecz.
Pakowała się powoli, niemal pedantycznie.
Tak pakują się ludzie, którzy już wszystko postanowili.
Thomas stał w drzwiach i patrzył, jak znika codzienny porządek — jej koszulki, kosmetyczka, ładowarka.
— Nawet ci ręce nie drżą — powiedział głucho. — Jakbyś była na to gotowa od dawna.
— Od dawna rozumiałam — odpowiedziała. — Tylko miałam nadzieję, że się mylę.
— To niesprawiedliwe — wyszeptał. — Przekreślasz wszystko przez jeden epizod.
— To nie epizod, Thomas. To system.
Usiadł na łóżku.
— Myślisz, że mi łatwo żyć między wami?
— Ty nie żyjesz między. Ty żyjesz za plecami matki.
*
Wstał gwałtownie.
— Czego ty ode mnie chcesz?!
— Chcę, żebyś wybrał. Czynem.
— Porozmawiam z nią!
— Kiedy? Kiedy znowu wejdzie tu bez zapowiedzi?
Milczał.
— A jeśli pojadę do niej teraz? — nagle powiedział. — Teraz. Zabiorę klucze.
W jego głosie pojawiła się nadzieja.
— Dorosły mężczyzna dokonuje wyboru przed ultimatum — powiedziała Angelina. — Chłopiec — po.
Zamknęła torbę i zarzuciła ją na ramię.
— Nie boisz się mnie stracić. Bois się zostać sam.
W przedpokoju zapytał cicho:
— Wrócisz?
Zatrzymała się przy drzwiach.
*
— Nie wiem.
Nie wrócę tam, gdzie znowu zrobią ze mnie winną.
Jeśli kiedyś powiesz jej „nie” — nie dla mnie, ale dlatego, że sam tak zdecydujesz — wtedy porozmawiamy.
Drzwi zamknęły się cicho.
Thomas został sam — w ciszy, z zimnymi placuszkami i zapachem wiśniowego dymu.
Telefon zawibrował.
Mama.
Patrzył na ekran kilka sekund.
I po raz pierwszy w życiu nacisnął „odrzuć”.
Bo zrozumiał:
do matki może zadzwonić zawsze.
Ale kobiety, którą właśnie stracił, może już nie odzyskać