Gotowała noworoczny stół dla dwunastu osób — a oni wpadli tylko na pół godziny i pojechali do innych krewnych
Zapach galarety wypełniał całe mieszkanie. Madeleine Dupont zajrzała do piekarnika — kaczka z jabłkami upiekła się idealnie, skórka była rumiana, jak ze zdjęcia w książce kucharskiej. Na stole już pyszniły się sałatki: sałatka jarzynowa w szklanej misie, śledź pod pierzynką, winegret, mimosa. Osobno — półmiski z wędlinami i serami, kiszonki z piwnicy, pierogi z kapustą i mięsem.
Przez trzy dni z rzędu prawie nie wychodziła z kuchni. Trzydziesty pierwszy grudnia zaczął się dla niej o piątej rano — trzeba było na czas wyjąć galaretę z lodówki, pokroić chleb, ustawić naczynia. Dwanaście kompletów sztućców na dużym stole w salonie, który specjalnie rozsunęła na całą długość.
Córka Marie z mężem i dwójką dzieci. Syn Paul z żoną i córką. Siostrzenica Olivia z mężem. I ona sama. Pełen dom bliskich — jak kiedyś, w najlepszych latach.
*
Madeleine przebrała się w świąteczną sukienkę — granatową, z połyskującymi wstawkami. Kupiła ją specjalnie na tę okazję, chciała wyglądać elegancko. Pomalowała usta, starannie ułożyła włosy. Spojrzała w lustro i z aprobatą skinęła głową.
Zegar wskazywał szóstą wieczorem. Gości oczekiwano na siódmą — ustalili to jeszcze w listopadzie. Zadzwoniła do Marie.
— Mamo, wyjedziemy za jakieś pół godziny. Tylko ubierzemy Tomka — i od razu ruszamy.
— Dobrze, córeczko. Czekam.
Potem zadzwoniła do Paula.
— Tak, mamo, jedziemy. Zaraz będziemy.
Włożyła szampana do lodówki, włączyła telewizor — leciały już świąteczne koncerty. Usiadła na kanapie i zaczęła czekać.
O wpół do ósmej w mieszkaniu nadal panowała cisza. Madeleine znów zadzwoniła do córki.
— Marie, gdzie jesteście?
— Stoimy w korku, mamo. Za piętnaście minut powinniśmy dojechać.
Dokładnie o ósmej zadzwonił Paul.
*
— Mamo, trochę się spóźnimy. Sophie zapomniała prezentów, musieliśmy zawrócić.
— Nic się nie stało, synku. Najważniejsze, żebyście przyjechali.
Siedziała sama przy nakrytym stole i patrzyła na potrawy. Kaczka stygnęła. Sałatki zaczynały obsychać na brzegach. Galareta wciąż stała nietknięta — była z niej szczególnie dumna w tym roku, gotowała ją według przepisu swojej mamy, z nóżek wieprzowych.
Za piętnaście dziewiąta wreszcie rozległ się dzwonek do drzwi. Madeleine pospieszyła otworzyć.
Na progu stała cała rodzina. Dzieci, wnuki, siostrzenica z mężem. Głośni, eleganccy, z torbami i pudełkami.
— Wesołych Świąt, mamo!
— Babciu!
Przytulała ich, całowała, śmiała się. Oto ono — szczęście. Wszyscy razem, wszyscy blisko.
*
Goście zdjęli kurtki i przeszli do pokoju. Dzieci od razu rzuciły się do choinki — oglądać ozdoby. Dorośli usiedli przy stole.
— Niesamowite, mamo, jakbyś otworzyła restaurację! — zachwyciła się Marie.
— Starałam się dla was. Jedzcie, nie krępujcie się.
Nakładała sałatki, porcjowała kaczkę, podawała pierogi. Sama prawie nie tknęła jedzenia — ważniejsze było dla niej patrzeć, jak jedzą inni, i cieszyć się tym.
Marie wzięła telefon, zerknęła na ekran, coś przeczytała. Spojrzała porozumiewawczo na męża.
— Mamo, będziemy musieli zaraz wyjechać…
— Wyjechać? — zdziwiła się Madeleine. — Przecież jeszcze nie ma nawet dziesiątej…
— Musimy jeszcze podjechać do rodziców Jules’a — powiedziała Marie ostrożnie, jakby z góry przepraszała. — Obrażą się, jeśli się nie pokażemy. Dosłownie na pół godzinki… no, maksymalnie czterdzieści minut.
Przy stole zapadła niezręczna cisza. Ktoś spuścił wzrok, ktoś udawał, że zajmuje się kieliszkiem. Madeleine poczuła, jak w środku coś powoli się zaciska — nie gwałtownie, lecz cicho, niemal niezauważalnie.
— A potem? — zapytała cicho.
— Potem… — Marie zawahała się. — Potem chyba nie zdążymy już wrócić. Tam też jest stół, goście.
*
Paul pospiesznie dodał:
— Mamo, my też pojedziemy. Czekają na nas. Postanowiliśmy jechać razem, i tak po drodze.
Olivia uśmiechnęła się zbyt pogodnie:
— Teraz wszyscy tak robią, Madeleine. Po trochu wszędzie. Najważniejsze, że się zobaczyliśmy.
Madeleine skinęła głową.
— Oczywiście. Najważniejsze, że się zobaczyliśmy.
Słowa zabrzmiały równo, niemal spokojnie. Ale w środku coś opadło na dobre.
Dorośli w pośpiechu dopijali szampana, dzieci już zakładały kurtki. Pierogi pozostały prawie nietknięte, kaczka — w połowie cała.
— Mamo, naprawdę tylko na chwilę — Marie pocałowała ją w policzek. — Przecież rozumiesz?
— Rozumiem — odpowiedziała Madeleine.
Drzwi zamknęły się szybko. Zbyt szybko. W mieszkaniu natychmiast zrobiło się pusto i głucho, jakby ktoś nagle wyłączył dźwięk.
Madeleine wróciła do salonu. Duży, rozłożony stół wyglądał dziwnie i nie na miejscu: dwanaście kompletów, dwanaście krzeseł — i tylko ona jedna. Mechanicznie zebrała serwetki, przykryła kaczkę folią, po czym po prostu usiadła.
*
Za dziesięć dwunasta nalała sobie szampana. Trochę. Symbolicznie.
— Szczęśliwego Nowego Roku, Madeleine — powiedziała na głos.
O północy telefon zawibrował: „Szczęśliwego Nowego Roku, mamo!”. Zdjęcie — wszyscy przy innym stole, uśmiechy, fajerwerki za oknem.
Spojrzała na ekran i odłożyła telefon. Nie potrafiła odpowiedzieć.
Później posprzątała naczynia, złożyła obrus, zsunęła stół. Sukienkę powiesiła w szafie — nawet się nie pognieciła.
Przed snem długo stała przy oknie. Gdzieś w oddali wybuchały ostatnie fajerwerki. W środku nie było bólu — była cisza.
I w tej ciszy jasno zrozumiała: więcej tak nie będzie.
W przyszły Nowy Rok — jeśli będzie miała ochotę — nakryje stół tylko dla siebie.
I to będzie wystarczające.