— Nie mów mamie
Wynik testu DNA przyszedł wcześniej niż budzik
06:42.
Chłodne światło ekranu uderzyło w oczy jak flesz. Ewa nie od razu zrozumiała, na co patrzy — na zwykłe powiadomienie czy na ostrzeżenie. Telefon leżał obok, jakby czekał właśnie na ten moment.
Przez prawie minutę nie otwierała wiadomości.
W głowie krążyły zupełnie błahe myśli: kupić chleb, sprawdzić prezentację, obudzić Leona. Jakby mózg desperacko próbował zyskać jeszcze kilka sekund przed katastrofą.
W końcu kliknęła.
Prawdopodobieństwo pokrewieństwa: 99,98%.
Ewa gwałtownie usiadła na łóżku.
Serce zaczęło bić tak, jakby wyrwano ją z głębokiego snu i wrzucono do lodowatej wody.
A więc się nie myliła.
A więc Maria Kowalska nie pojawiała się przypadkiem w okolicach szkoły.
A więc te krótkie spotkania, o których Leon wspominał mimochodem, były tajne. Zaplanowane. Dorosłe.
„Nie mów mamie” — powiedział tydzień temu cicho, zapinając kurtkę.
Jak prośbę.
Jak ostrzeżenie.
*
Wtedy Ewa nie zrozumiała.
Teraz — rozumiała aż za dobrze.
Podeszła do okna. Miasto jeszcze spało. Wszystko wyglądało zwodniczo spokojnie — tak, jak bywa tuż przed tym, gdy coś nieodwracalnie się rozpada.
Telefon znów zawibrował.
Nieznany numer.
Ewa wiedziała, kto to jest, jeszcze zanim odebrała.
— Ewuniu, tu Maria Kowalska — głos był pewny, spokojny. — My z Tomaszem jutro będziemy w Lyonie. Chcemy zobaczyć Leona.
— Po co? — zapytała Ewa.
— Jak to po co? Jesteśmy rodziną. Krew nie znika. A poza tym… — krótka pauza. — Leon to bardzo bystry chłopiec. On wszystko rozumie.
To nie było zdanie.
To była groźba.
— Spotkamy się w „Part-Dieu”. Przy food courcie. Albo wcale.
— Dobrze — zgodziła się lekko Maria. — Ale adres szkoły i tak poznam. Mam odpowiednie znajomości.
Sygnał rozłączenia.
Wieczorem Ewa znalazła w plecaku Leona kartkę złożoną na cztery.
Krzywe, dziecięce litery.
*
„Mamo, proszę, nie złość się. Babcia powiedziała, że jeśli się dowiesz, tata może znowu zniknąć. A ja nie chcę, żeby zniknął.”
Ewa osunęła się na krzesło.
Ręce zaczęły jej drżeć.
W tej samej chwili telefon znów zawibrował.
Wiadomość z nieznanego numeru:
„Test potwierdzony. Teraz porozmawiamy jak dorośli.”
Ewa nie odpisała.
Usunęła wiadomość, jakby mogła w ten sposób wymazać sam fakt jej istnienia, i dopiero wtedy pozwoliła sobie na oddech. Powolny. Głęboki. Taki, jaki zalecają na kursach radzenia sobie ze stresem — które nigdy nie działają, gdy chodzi o własne dziecko.
Leon siedział w pokoju i składał klocki. Skupiony, z lekko wysuniętym językiem — dokładnie tak jak w dzieciństwie. Ewa zatrzymała się w drzwiach i przez kilka sekund po prostu na niego patrzyła. Na syna, dla którego przez sześć lat udawała, że przeszłość nie istnieje.
— Leon — odezwała się w końcu.
Podniósł głowę. W jego spojrzeniu było napięcie — jakby już wiedział, o czym będzie rozmowa.
*
— Babcia do ciebie przychodziła? — zapytała Ewa spokojnie. Zbyt spokojnie.
Leon zawahał się, ścisnął klocek w dłoni.
— Trochę… Powiedziała, że tylko chce mnie widzieć. I że tata jest blisko.
— I co jeszcze powiedziała?
Westchnął ciężko, zupełnie nie po dziecięcemu.
— Że jeśli się dowiesz, zdenerwujesz się. A tata wtedy znowu odejdzie. Na zawsze.
I to było to.
Nie pragnienie.
Strach przed utratą.
Ewa uklękła przed nim i wzięła jego dłonie w swoje.
— W niczym nie jesteś winny. Nigdy. To dorośli zrobili coś źle. I tak już nie będzie.
— Jesteś zła? — zapytał cicho.
— Tak — odpowiedziała uczciwie. — Ale nie na ciebie. I dam sobie radę.
W „Part-Dieu” było głośno. Ludzie, kawa, komunikaty z głośników. Idealne miejsce, by udawać, że nic się nie dzieje.
Maria Kowalska siedziała prosto, nienagannie zebrana. Tomasz — naprzeciwko. Starszy. Zmęczony. Wciąż tak samo wygodny.
— Ewa — powiedział.
— Mówcie — odpowiedziała.
— Chcemy, żeby Leon znał rodzinę — zaczęła Maria. — To jego prawo.
— A moim prawem jest go chronić — powiedziała spokojnie Ewa. — Przed szantażem, strachem i szeptami.
*
Tomasz spuścił wzrok.
— Nie chciałem zniknąć…
— Ale zniknąłeś — przerwała mu. — A Leon przeżył. Dorósł. Bez ciebie.
Maria pochyliła się do przodu.
— Jesteśmy gotowi działać oficjalnie. Sąd, psychologowie.
— Świetnie — skinęła głową Ewa i położyła na stole wydruki. — W takim razie ja też oficjalnie oświadczam: żadnych kontaktów bez mojej zgody. Mam dowody wywierania presji na dziecko.
Maria zbladła.
— Naprawdę pójdziesz do końca?
— Dla syna — tak.
Po trzech miesiącach wszystko było uregulowane.
Jasne granice. Jasne zasady. Żadnych tajnych spotkań.
Leon widywał ojca — rzadko, ostrożnie, bez obietnic, których nie da się spełnić.
Pewnego wieczoru powiedział:
— Mamo, podoba mi się, że teraz nikt nie szepcze.
Ewa objęła go i po raz pierwszy od dawna poczuła nie lęk, lecz spokój.
Przeszłość przestała dzwonić.