„Oddaj pieniądze i wyprowadź się z naszego mieszkania” — zażądała synowa, pokazując teściowej nagranie

Jej ręce drżały, kiedy trzymała pustą kopertę.

Amelia stała pośrodku salonu i patrzyła na cienką papierową kopertę, która jeszcze wczoraj była ciężka od banknotów. Trzydzieści tysięcy. Jej własne oszczędności. Pieniądze odkładane przez pół roku z pensji księgowej. Pieniądze na nową kanapę, bo stara — ta, którą oddała teściowa — uginała się do środka i pachniała naftaliną. Pieniądze, które Amelia ukrywała w swojej komodzie, w szufladzie z bielizną. Bezpieczne miejsce. Tak jej się wydawało.

Koperta była pusta.

*

Powoli podniosła wzrok i spojrzała w stronę kuchni, skąd dochodził rytmiczny stuk noża o deskę.
Marianna, jej teściowa, przygotowywała kolację. Jak zawsze. Jak pełnoprawna gospodyni w cudzym mieszkaniu, które Amelia i Viktor kupili na kredyt trzy lata temu. Mieszkaniu, do którego teściowa „tymczasowo” wprowadziła się po sprzedaży swojej kawalerki. Osiem miesięcy temu. I została.

Amelia zacisnęła kopertę w dłoni. W jej wnętrzu powoli podnosiła się fala — nie gorąca furia, lecz coś zimnego i gęstego. Zrozumienie. Ona dokładnie wiedziała, kto zabrał pieniądze. Pytanie brzmiało: co teraz z tym zrobić?

Weszła do kuchni bezszelestnie.
Marianna stała plecami do drzwi: jej masywna sylwetka w spranym niebieskim szlafroku kołysała się w rytm ruchów noża. Podśpiewywała coś pod nosem — zadowolona, spokojna. Na stole leżały równiutko pokrojone warzywa, obok pyrkotał barszcz. Teściowa uwielbiała „gospodarzyć”. Uwielbiała tworzyć pozory troski, przykrywając nimi swoją kontrolę.

Marianno, — głos Amelii brzmiał równo, lecz miała w nim stal. — Czy wzięła pani pieniądze z mojej komody?

Nóż zastygł w powietrzu.
Teściowa powoli się odwróciła. Na jej pełnej twarzy rozkwitł uśmiech — miękki, niezrozumiany, trochę urażony.

— Jakie pieniądze, kochanie? Niczego nie brałam. Może zapomniałaś, gdzie je położyłaś. Młodzi teraz żadnej pamięci nie mają — tylko w tych telefonach siedzicie.

*

Amelia nie drgnęła. Wciąż patrzyła jej prosto w oczy, trzymając pustą kopertę między nimi jak akt oskarżenia.

— Trzydzieści tysięcy. Były w tej kopercie. W mojej szufladzie. Dziś rano koperta była pusta.

Marianna klasnęła teatralnie w dłonie — ruch wypracowany latami manipulacji.

— Amelia, no coś ty! Jak możesz tak mówić! Myślisz, że jestem złodziejką? Obrażasz mnie! Tyle dla was robię — gotuję, sprzątam, a ty mnie tak oskarżasz?!

Jej głos drżał od udawanego żalu.
Amelia znała tę grę na pamięć. Marianna zawsze potrafiła obrócić wszystko tak, by z winnej w sekundę stać się ofiarą. I wcześniej to działało. Amelia ustępowała, przepraszała, wątpiła w siebie.

Ale nie dziś.

— Czyli nie wzięła pani? — powtórzyła spokojnie Amelia.

— Oczywiście, że nie! — Marianna przyłożyła rękę do piersi. — Matkę Viktora o kradzież posądzać! Do czego to doszło!

— W porządku, — Amelia odwróciła się do drzwi. — W takim razie dzwonię po dzielnicowego. Niech ustali, co się stało.

Efekt był natychmiastowy.
Uśmiech zniknął.
Oczy się zwęziły.
Głowa uniosła się z agresją.

*

— Nigdzie nie zadzwonisz, — wysyczała. — Pożałujesz.

— Czyli jednak pani wzięła, — powiedziała Amelia cicho, z pełnią pewności. — Proszę oddać pieniądze.

Marianna zadarła podbródek.
Teatralność opadła — została tylko goła wrogość.

— Nie oddam. I nic mi nie zrobisz. To mieszkanie mojego syna, zrozumiałaś? Mojego! A ty tu nikt! Przyszłaś i możesz równie dobrze odejść! A te pieniądze wzięłam na jedzenie. Na wspólne potrzeby. Czy to ci żal dla rodziny?

— Na jedzenie? — Amelia zimno się uśmiechnęła. — W lodówce jest jedzenia na tydzień. Na jakie „jedzenie”, Marianno?

— Ja wiem lepiej, czego nam trzeba! Ty jesteś młoda, głupia, nic o domu nie wiesz! A ja całe życie rodzinę utrzymywałam! I Viktor mnie poprze, nie wątp w to!

Ostatnie słowa zabrzmiały triumfalnie.
Marianna była pewna swojej karty przetargowej. Viktor zawsze stawał po stronie matki.

Amelia nic nie odpowiedziała. Po prostu wyszła z kuchni.

*

Wieczorem, kiedy Viktor wrócił z pracy, Amelia czekała na niego w sypialni.
Siedziała na łóżku, z dłońmi złożonymi na kolanach. Viktor wszedł zmęczony, rozpinając koszulę. Od razu poczuł napięcie.

— Co się stało? — zapytał, zatrzymując się w drzwiach.

— Twoja mama ukradła mi trzydzieści tysięcy.

Viktor zamarł.
Na jego twarzy pojawił się szok, strach, próba zaprzeczenia.

— Amelia, może… pomyliłaś się? Może sama je gdzieś odłożyłaś…

— Nie. — przerwała. — Przyznała się. I powiedziała, że nie odda.

Viktor usiadł na brzegu łóżka. Jego ramiona opadły, dłonie zacisnęły się w bezradności.

— Porozmawiam z nią. Odda. Nie róbmy z tego tragedii… Na pewno nie zrobiła tego ze złą intencją… Może potrzebowała na coś pilnego…

— Na co? — Amelia patrzyła mu prosto w oczy. — Jej emerytura to dwadzieścia tysięcy. Mieszka tu za darmo. Nic nie płaci. My ją utrzymujemy. Na co mogła potrzebować trzydziestu tysięcy?

*

— No… może na prezent… albo na lekarstwo…

— Przestań ją usprawiedliwiać, — głos Amelii był twardy jak szkło. — Ukradła moje pieniądze. Moje osobiste oszczędności. I odmawia ich zwrotu. To przestępstwo, Viktor.

Viktor zerwał się na równe nogi, przetarł twarz rękami.

— Amelia, no co ty! Jakie przestępstwo! To moja mama! No wzięła — ale odda! Po co od razu takie słowa?!

Amelia stanęła naprzeciwko niego.

— Daję jej trzy dni. Jeśli nie odda pieniędzy — idę na policję.

*

Trzy dni minęły tak, jakby ktoś zaciskał dłoń na gardle Amelii.

Marianna chodziła po mieszkaniu z miną królowej, pewna, że synowa blefuje. Ostentacyjnie trzaskała szafkami, głośno stawiała garnki, przewracała oczami przy każdym ruchu Amelii.
Viktor denerwował się coraz bardziej — ale, jak zawsze, milczał.

Trzeciego wieczoru Amelia weszła do kuchni.
Marianna właśnie wyjmowała z piekarnika pachnące bułeczki — specjalnie, żeby stworzyć atmosferę „domowego ciepła”. Nie podniosła wzroku, tylko rzuciła:

— No co, ochłonęłaś? Mądra dziewczyna zawsze wie, gdzie jej miejsce.

— Tak, — odpowiedziała Amelia spokojnie. — Zrozumiałam. I zdecydowałam.

Położyła na stole kartkę papieru.

Marianna odwróciła się. Zbladła.

*

„Zawiadomienie na policję”
A pod nim — podpis Amelii.

— Oddaj pieniądze natychmiast, — powiedziała Amelia. — Albo jutro zaniosę to na komisariat.

Marianna westchnęła tak, jakby ktoś ją uderzył.
A potem — wybuchła.

— Idiotko! Chcesz wsadzić do więzienia matkę swojego męża?! Zwariowałaś?! Viktor cię wyrzuci! Jesteś nikim bez niego! Ty…

— Viktor wie, — przerwała Amelia. — Powiedziałam mu, że złożę zawiadomienie. I że jeśli spróbuje mi przeszkodzić — odejdę sama.

Marianna zamilkła.
Na jej twarzy pojawiło się coś, czego Amelia wcześniej nie widziała — strach.

— Ty… blefujesz.

— Nie.

*

Amelia odwróciła się do wyjścia.

W tej samej chwili Marianna rzuciła się na nią — chwyciła ją za łokieć, ściskając tak mocno, że na pewno zostanie siniak.

— Nie waż się! Zniszczysz rodzinę! Ty…

— Rodzinę? — Amelia odwróciła się powoli. — Rodzina to szacunek. A nie kradzież i poniżanie.

Wyrwała rękę i wyszła do sypialni.

Viktor siedział na łóżku, z twarzą ukrytą w dłoniach.
Był wyczerpany. Przestraszony. Nie wiedział, co zrobić — to rozpacz wręcz było słychać.

— Naprawdę złożysz zawiadomienie? — zapytał cicho.

— Jeśli nie odda pieniędzy, — odpowiedziała Amelia. — Tak.

Milczał długo, po czym podniósł wzrok.

— Porozmawiam z nią jeszcze raz.

*

Rozmowa odbyła się nocą.
Amelia słyszała wszystko — ostry, piszczący ton Marianny; niski, zduszony głos Viktora.
Usłyszała zdanie:

— Mamo, stawiasz mnie między młotem a kowadłem!

A potem — ciszę.

Po chwili drzwi sypialni otworzyły się.
Viktor stał w progu — zagubiony, ale inny. Złamany, ale szczery.

— Odda. Jutro.
Amelia skinęła głową.
— Dziękuję, — powiedziała.

— Muszę coś zrobić, — dodał Viktor. — Inaczej to nigdy się nie skończy.

I poszedł spać na kanapę.

*

Ranek był dziwnie cichy.
Marianna siedziała w salonie, ściskając zmięty woreczek. Wyglądała na nadętą, zgniecioną, ale… zaskoczoną.

— Proszę, — syknęła, podając pieniądze. — Weź. Skoro jesteś taka mądra.

Amelia przyjęła je.
Bez wdzięczności. Bez złości. Po prostu — fakt.
A potem powiedziała:

— I jeszcze jedno. Wyprowadzasz się.

Marianna poderwała się na równe nogi.

— Kogo niby pytasz o pozwolenie?! To mieszkanie mojego syna! Ja…

— On już powiedział, — przerwała Amelia, — że pomoże ci wynająć coś na początek.

— V-viktor?.. — teściowa mrugnęła szybko. — On tak powiedział?..

*

Jakby pierwszy raz zrozumiała, że jej syn jest dorosły.
I że władza nad nim nie jest już bezwarunkowa.

— Masz miesiąc na wyprowadzkę.
Marianna zerwała się:

— Zdrajca! — wrzasnęła, patrząc na Viktora stojącego w drzwiach kuchni. — Wychowałam cię! Życie ci poświęciłam! A ty mnie na ulicę!

— Nie na ulicę, mamo, — powiedział Viktor zmęczonym głosem. — Na mieszkanie, które opłacę. Musimy żyć swoim życiem. Przekroczyłaś wszystkie granice.

— Ona cię nastawiła przeciwko mnie! Wiedźma! — wyła Marianna.

— Nie, mamo, — Viktor pokręcił głową. — Sama wszystko zrobiłaś.

*

Miesiąc później Marianna się wyprowadziła. Z krzykami, z pretensjami, z przekleństwami — ale wyprowadziła się.

Mieszkanie zmieniło się nie do poznania — stało się ciche, jasne, oddychające.

Pewnego wieczoru Amelia siedziała na nowej kanapie — wreszcie kupionej za swoje własne pieniądze.
Viktor podszedł i objął ją od tyłu.

— Dziękuję, — powiedział cicho, ale szczerze.

— Za co?

— Za to, że postawiłaś granice.
Za to, że się nie złamałaś.
I za to, że… — westchnął — nauczyłaś mnie być dorosłym.

*

Amelia zamknęła oczy. Jej ciało po raz pierwszy od roku naprawdę się rozluźniło.

— To dopiero początek, — powiedziała. — Najważniejsze, że teraz jesteśmy razem.

Viktor skinął głową i po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się spokojnie — prawdziwie.

I Amelia zrozumiała:
rodzina zaczyna się nie tam, gdzie „trzeba znosić”,
lecz tam, gdzie chronią twoje prawo być sobą.