— Kiedy niby obiecałam twojej siostrze, że oddam jej swoją złotą bransoletkę? Jeśli mi jej nie zwróci, Riccardo, złożę na nią zawiadomienie! — wybuchnęła Marina, gdy mąż próbował bronić swojej siostry.
Wszystko zaczęło się trzy dni wcześniej…
Laura przyjechała do nich na weekend na działkę. Grill, rozmowy do późna, trochę wina — zwykłe rodzinne spotkanie. Marina nawet się ucieszyła: tak rzadko się widywały po przeprowadzce Laury do innego miasta.
Tego wieczoru Marina założyła swoją ulubioną złotą bransoletkę z szmaragdami — prezent od zmarłej mamy na osiemnaste urodziny. Laura długo ją oglądała, przymierzała, obracała w dłoniach.
A następnego dnia rano bransoletki już nie było.
*
Marina przeszukała cały dom. Nic.
Rozmowa telefoniczna z Laurą tylko zwiększyła podejrzenia.
Pałzowała zbyt często.
Odpowiadała zbyt nerwowo.
Zbyt szybko zakończyła rozmowę.
Gdy Riccardo wrócił z delegacji, Marina stanęła w korytarzu z kamienną twarzą.
— Twoja siostra ukradła moją bransoletkę.
Riccardo był w szoku. Nie chciał wierzyć. Ale pod naciskiem żony zadzwonił do siostry — na głośnomówiącym.
Pauzy Laury były jeszcze dłuższe.
Jej głos — jeszcze bardziej niepewny.
*
Marina słyszała, jak kłamstwo narasta.
— Ja nic nie brałam! — krzyczała Laura zbyt histerycznie, by brzmieć szczerze.
— To powiedz, gdzie ona jest. Gdzie jest bransoletka? — Marina nawet nie podniosła głosu.
— Skąd ja mam wiedzieć?! Może sama ją gdzieś wsadziłaś i zapomniałaś! Przestańcie mnie oskarżać!
Marina czuła, że Laura jest o krok od paniki.
A Riccardo stał pośrodku — między żoną a siostrą — i nie wiedział, co zrobić.
— Laura… — zaczął ostrożnie. — Bransoletka bardzo ci się podobała… może… przypadkiem… wzięłaś ją ze sobą?
— TY?! — wrzasnęła Laura. — Ty też uważasz, że jestem złodziejką?!
I w tej chwili stało się coś, czego Marina się nie spodziewała.
W tle usłyszała szelest.
*
Laura próbowała zakryć mikrofon, ale za późno.
Głos starszej kobiety:
— Laura, co ty masz w ręku? To bransoletka?
— Cicho, mamo!
Marina pobladła.
Rozmowa wróciła na głośnik.
— To… to nie tak, jak myślicie! — głos Laury drżał.
— Otwórz, co masz w ręku, — powiedziała Marina spokojnie.
Zapadła martwa cisza.
A potem…
*
Laura rozłączyła się.
Marina spojrzała na męża.
— No i? — zapytała. — Nadal uważasz, że zwariowałam?
Riccardo był blady jak ściana.
Wybrał numer siostry jeszcze raz.
Sygnał… sygnał…
Bez odpowiedzi.
Marina zrobiła krok bliżej.
— Riccardo… jeśli ona nie odda bransoletki dzisiaj…
Jej spojrzenie było twarde, lodowate:
— …jutro idę na policję.
*
I właśnie wtedy…
w drzwiach korytarza rozległo się ciche skrzypnięcie.
Marina i Riccardo jednocześnie się odwrócili.
W progu stała Laura.
Blada, roztrzęsiona, z rękami przyciśniętymi do klatki piersiowej.
A w jednej z tych rąk…
coś błysnęło.
Laura stała w drzwiach jak przestraszone zwierzę zagoniowe w róg. W dłoniach ściskała małe aksamitne pudełko — to samo, w którym Marina zwykle trzymała bransoletkę.
— Laura… — Riccardo przełknął ślinę. — Co… co trzymasz?
Laura otworzyła usta, ale głos zniknął. Marina zrobiła krok w jej stronę.
— Otwórz to.
Laura zacisnęła pudełko tak mocno, że pobielały jej kostki.
*
— Marina… ja… ja nie chciałam… — wyszeptała.
— Otwórz. — powtórzyła Marina.
Drżącymi palcami Laura uniosła wieczko.
Złota bransoletka ze szmaragdami błysnęła w świetle lampy.
Marina zamknęła oczy na chwilę, jakby próbując powstrzymać gniew, który ją zalewał.
Riccardo stał jak sparaliżowany.
— Laura… dlaczego? — zapytał słabo.
I wtedy Laura się rozsypała.
— Ja… ja tylko… przymierzałam… ona tak pięknie wyglądała… a potem… potem się przestraszyłam… chciałam tylko trochę potrzymać… oddać później… ale… bałam się, że Marina pomyśli, że ją kradnę… i… i już nie wiedziałam, co robić…
Łzy spływały po jej twarzy.
*
Marina spojrzała na nią bez krzyku, bez łez — tylko z chłodną jasnością.
— Mogłaś poprosić. Ale wybrałaś kłamstwo. Wybrałaś ukrywanie. I wybrałaś […] obrażanie mnie, żeby siebie usprawiedliwić.
Laura zakryła twarz dłońmi.
Riccardo podszedł do żony ostrożnie.
— Marina… przepraszam… ja… nie chciałem w ciebie wątpić…
— Ale zwątpiłeś, — odparła cicho.
Między nimi zapadła ciężka, ale prawdziwa cisza.
Laura wyciągnęła pudełko w stronę Mariny.
— Marina… proszę… weź…
Marina jednak nie ruszyła się.
— Riccardo — powiedziała spokojnie. — Weź to. To rodzinna rzecz. I to ja decyduję, co się z nią stanie.
*
Riccardo wziął bransoletkę. Laura cofnęła się, jakby ten gest ją zabolał.
Marina wzięła głęboki oddech.
— Laura, — powiedziała cicho, ale twardo. — Nigdy więcej nie przekroczysz progu mojego domu. Nigdy.
— Marina… błagam… — szlochała Laura.
— To już nie do mnie — odparła Marina, odchodząc.
Wzięła od męża bransoletkę, zamknęła pudełko i odstawiła je na półkę.
— A teraz, Riccardo, — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy, — porozmawiamy. O granicach. O zaufaniu. I o tym, że rodzina to nie tylko „krew”, ale przede wszystkim — szacunek.
Riccardo podszedł bliżej.
— Jestem gotów. Będę słuchał. I wybiorę ciebie.
Marina pierwszy raz od wielu dni naprawdę odetchnęła.
— W takim razie… mamy szansę.
*
Laura wciąż stała w drzwiach — skulona, mała, zagubiona.
Marina spojrzała na nią po raz ostatni.
— Idź do domu, Laura. To było twoje ostatnie wtrącanie się w moje życie.
Drzwi zamknęły się za nią.
Cicho.
Łagodnie.
Ale definitywnie.
Marina zwróciła się do Riccardo — w jej oczach nie było już strachu.
Tylko pewność.
I wolność.