„Byłem głupcem, wróć!” — błagał mąż, gdy zobaczył mnie wychudzoną. Nie wiedział jednak, że wychodzę za mąż… za jego szefa.
Drzwi otworzyły się bez pukania — z tą bezczelną nachalnością, która zawsze była jego znakiem rozpoznawczym. Wchodził w przestrzeń mojego życia tak, jakby przekraczał próg własnej garderoby: obojętnie, rutynowo, z milczącym oczekiwaniem, że świat natychmiast dopasuje się do jego kroku.
— Potrzebuję twojego podpisu — głos Marka, niski i władczy, rozciął ciszę mojej wynajmowanej kawalerki jak nóż płótno. Rzucił grubą skórzaną teczkę na stół zasłany moimi szkicami i filiżanką z resztką herbaty ziołowej. Zapach mięty i melisy zmieszał się z ostrą, obcą wonią jego drogiej perfumy.
*
Zachowywał się tak, jakby minęło nie sześć miesięcy, lecz sześć godzin od dnia, w którym jego zimne, obojętne palce wręczyły mi bilet w jedną stronę — z jego luksusowego, wyjałowionego życia w moją niepewność. Jakby nie było jego dwudziestoletniej trzpiotki z bezczelnym spojrzeniem i moich nocy przesiąkniętych łzami w poduszkę w tej samej „norze”, jaką zaraz by ją nazwał.
— Cześć, Mark.
Mój głos zabrzmiał równo, aksamitnie i całkowicie beznamiętnie. Nie odwróciłam się od okna, za którym powoli zachodziło listopadowe słońce, barwiąc ceglane ściany sąsiedniego domu na kolor roztopionej miedzi. Łyżeczka w filiżance wciąż wykonywała miarowy, hipnotyczny ruch, jakby jego pojawienie się było jedynie drobnym, nieistotnym dysonansem w symfonii mojego nowego poranka.
— Tak, cześć. Nie cieszysz się? — prychnął, a jego ciężkie, oceniające spojrzenie zaczęło pełzać po ścianach, chłonąc każdy szczegół. Wąski parapet-stół zawalony książkami o architekturze i designie. Tani, vintage’owy dywan z pchlego targu. Akwarelowy szkicownik z moimi rysunkami. Każdy jego nerwowy impuls krzyczał o pogardzie.
— Chodzi o stary kredyt — cedził słowa. — Prawnik powiedział, że bez twojego podpisu się nie da.
*
— Mogłeś wysłać kuriera — odpowiedziałam, wreszcie się odwracając. — Oszczędziłbyś czas.
— Chciałem zobaczyć, czy jeszcze istniejesz — uśmiechnął się płasko. — W końcu jestem za ciebie odpowiedzialny.
To zdanie zapiekło jak dawniej — ale teraz nie wstydem, tylko lodowatą pogardą.
Powoli wstałam z taboretu. Czarna sukienka miękko opinała sylwetkę, która przez pół roku stała się smukła i pewna. Wzięłam długopis — prezent dla samej siebie.
— Gdzie podpisać? — zapytałam chłodno.
I wtedy on spojrzał na mnie naprawdę.
Zamarł.
Jego wzrok, wcześniej pełen rutynowej wyższości, nagle zatrzymał się, jakby uderzył w ścianę. Sunął powoli — od obcasów, przez talię, aż po twarz, z której zniknęła zmęczona opuchlizna i stara krzywda.
Zobaczył nie tę Elenę, którą zostawił.
Przed nim stała Nieznajoma. Spokojna. Silna. Olśniewająco piękna.
— Ty… — przełknął ślinę…
— Ty… — przełknął ślinę. — Ty się zmieniłaś.
Pozwoliłam ciszy zawisnąć dokładnie tak długo, by poczuł się nieswojo.
*
— Ludzie czasem się zmieniają, Mark — odpowiedziałam spokojnie. — Zwłaszcza gdy przestają żyć w strachu.
Nerwowo się uśmiechnął.
— Schudłaś… wypiękniałaś. Często o tobie myślałem.
— Wątpię — otworzyłam teczkę. — Tutaj?
Wskazał miejsce bezwiednie.
— Byłem głupcem, Elena — wyrwało mu się. — Presja, praca… Nie powinienem był tak odchodzić.
Podpisałam dokumenty.
— Zabawne, że mówisz to teraz.
— Zawsze mogłem — zaprotestował.
— Nie. Wcześniej byłeś pewien, że nigdzie nie odejdę.
Zapadła cisza.
*
— Jesteś sama? — zapytał nagle.
Uśmiechnęłam się po raz pierwszy.
— Nie. Nie jestem sama.
Zesztywniał.
— Spotykasz się z kimś?
— Wychodzę za mąż.
— Za kogo?.. — pobladł.
— Za twojego szefa.
Cofnął się, jakby dostał cios.
— Na złość?..
— Na złość to zostać tam, gdzie cię nie cenią. Ja wybrałam życie.
Usiadł ciężko.
— On wie… o nas?
*
— Oczywiście. Dorośli ludzie nie budują przyszłości na kłamstwie.
— Wrócisz? — zapytał cicho.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo ty kochasz władzę, nie mnie. A ja należę już tylko do siebie.
Otworzyłam drzwi.
— Dokumenty podpisane. Wszystkiego dobrego, Mark.
Wyszedł.
Ja zamknęłam drzwi — bez hałasu, bez dramatu.
I po raz pierwszy od dawna odetchnęłam powietrzem życia, w którym nie trzeba już nikomu udowadniać swojej wartości.