Już pogodził się z myślą, że umrze w samotności. Ale jedno spotkanie sprawiło, że zwątpił w samą rzeczywistość
Alexandre Martin, mężczyzna o dostojnym wyglądzie i szlachetnej siwiźnie na skroniach, siedział w ciasnym gabinecie lekarskim, ściskając dłonie tak mocno, że kostki palców zbielały. Jego twarz, zwykle chłodna i opanowana, teraz zdradzała głębokie zmęczenie — jakby lata walki z bólem i wewnętrzną pustką w końcu go złamały. Od dziesięciu lat prześladował go potworny ból nogi — uporczywy jak klątwa, przeszywający ciało ostrą, palącą falą. Nie potrafił już zliczyć, ile razy opowiadał lekarzom tę samą historię, jak wyrok wyuczony na pamięć — historię, która zaczęła się w dniu tragedii: śmierci Héloïse, jego żony, której odejście pozostawiło w jego życiu bezdenną, dudniącą pustkę.
— Żyję z tym bólem jak z przekleństwem — powiedział ochryple, a jego głos drżał od tłumionej rozpaczy. — Nie daje mi spokoju ani w dzień, ani w nocy. Budzę się, jakby nogę ściskał rozżarzony metal. Tabletki już nie działają. To jak połykanie powietrza.
*
Doktor Antoine Richard, około pięćdziesięcioletni mężczyzna o zmęczonych oczach i lekkiej siwiźnie we włosach, w milczeniu studiował zdjęcia rentgenowskie rozłożone na zagraconym biurku. Gabinet przypominał archiwum: wszędzie piętrzyły się stosy czasopism medycznych, teczki, pożółkłe kartki. Światło lampki biurkowej miękko padało na papiery, nadając pomieszczeniu niemal muzealną powagę. Richard słuchał, od czasu do czasu kiwał głową, lecz jego twarz pozostawała spokojna i zdystansowana. Gdy Alexandre zamilkł, lekarz odłożył zdjęcia i lekko wzruszył ramionami.
— Szczerze mówiąc, panie Martin, nie widzę żadnej patologii — powiedział, poprawiając okulary. — Brak odchyleń. Wyniki są w normie. Z medycznego punktu widzenia jest pan zdrowy. To najpewniej skutki przewlekłego stresu. Być może napięcie mięśniowe.
Alexandre poczuł, jak wzbiera w nim fala bezsilnego rozczarowania. Te słowa słyszał już dziesiątki razy. „Jest pan zdrowy”. Ale jak można być zdrowym, skoro każdy krok to tortura, a noc nie przynosi ulgi — jedynie krótką przerwę przed kolejnym atakiem?
— Stres? — jego głos stwardniał. — Dziesięć lat stresu? To nie napięcie, doktorze. To jakby ktoś gryzł kość od środka!
Antoine Richard uniósł dłoń, próbując go uspokoić, i odezwał się łagodniej, niemal ojcowsko:
— Rozumiem pana ból. Naprawdę. Ale medycyna operuje tym, co można zobaczyć i zmierzyć. Skoro nie ma przyczyn fizjologicznych, spróbujmy metod pośrednich. Masaż, witaminy z grupy B. To bezpieczne i czasem pomaga.
— Masaż? — Alexandre gorzko się uśmiechnął, opadając na oparcie krzesła. — Przez te lata próbowałem wszystkiego: zastrzyków, fizjoterapii, tabletek — połknąłem całe apteki. Żadnej ulgi. Ani odrobiny.
*
Lekarz rozłożył ręce, zachowując zawodową uprzejmość, lecz w jego oczach nie było pewności.
— Mogę zalecić tylko to, co widzę — powtórzył. — Proszę spróbować jeszcze raz. Co pan traci?
Alexandre wyszedł z gabinetu z poczuciem, że jego ból znów uznano za wymysł, za oznakę słabości — coś niewygodnego dla medycznych raportów. Wrócił do swojego przestronnego, lecz pustego mieszkania, gdzie każdy przedmiot przypominał o Héloïse — jej wazon, jej książki, jej fotografie. Cisza ciążyła jak fizyczny ciężar. Dziesięć lat temu odeszła i od tamtej chwili jego życie jakby zatrzymało się w jednym punkcie.
W przypływie tęsknoty chwycił portfel i kazał kierowcy jechać na cmentarz. Po drodze zatrzymał się w kwiaciarni — kupił śnieżnobiałe róże, jej ulubione. Zawsze stawiała je w kuchni, mówiąc, że niosą światło nawet w najbardziej pochmurny dzień.
Cmentarz powitał go ciszą i szelestem liści. Alexandre uklęknął przed marmurowym nagrobkiem, ostrożnie położył kwiaty i przesunął palcami po grawerze:
„Héloïse Martin”.
Wspomnienia uderzyły z bolesną wyrazistością — ich podróże, śmiech, wieczorne rozmowy przy kominku. Łzy spływały mu po policzkach i nie próbował ich już powstrzymywać.
— Moja miłości — wyszeptał drżącym głosem — dziesięć lat żyję z tym bólem. Żaden lekarz nie potrafi mi pomóc. A ciebie… ciebie też nie uratowali. Stali obok, patrzyli, jak odchodzisz, i mówili, że to „nieuniknione”.
Przypomniał sobie dzień, w którym wszystko się zaczęło. Héloïse zaczęła słabnąć, jej twarz pobladła, oczy straciły dawny blask. Diagnozę postawiono zbyt późno — rzadka choroba dziedziczna, na którą zmarła jej matka. Lekarz w białym fartuchu mówił ze współczuciem, lecz bez cienia nadziei:
*
— Choroba postępuje bardzo szybko. Szanse są minimalne. Możemy jedynie łagodzić cierpienie.
— Ale są przecież kliniki, badania! — krzyczał wtedy Alexandre. — Zapłacę każde pieniądze!
— To choroba genetyczna — odpowiedział cicho lekarz. — Pieniądze tu nie pomogą. Proszę to zaakceptować.
Nie poddał się. Woził żonę po całym świecie — Szwajcaria, Niemcy, Stany Zjednoczone. Tracił fortunę, szukał cudu. Ale choroba była silniejsza. Rok później Héloïse odeszła — w deszczowy, jesienny dzień, przy monotonnym stukocie kropel o szybę. Został sam.
Teraz, stojąc przy jej grobie, szeptał:
— Sporządziłem testament. Po mojej śmierci niech zbadają moje ciało. Może znajdą coś, czego nikt nie widzi. Obiecałem ci trzymać się… Ale sił prawie nie zostało. Może wkrótce znów będziemy razem. I, szczerze mówiąc, prawie na to czekam.
Odchodząc, szedł wolno aleją, gdy nagle przed nim stanęła staruszka. Jej twarz była poorana zmarszczkami, a oczy — przenikliwe, jakby widziały człowieka na wskroś. Opierała się na lasce i uśmiechała się dziwnym, chytrym uśmiechem.
— Daj na starość, panie — zachrypiała. — Powiem prawdę — o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Nie skąp, od biedy się wykup.
*
Alexandre chciał ją ominąć, lecz jej kolejne słowa wbiły się w jego świadomość jak ostrze:
— Widzę cię wkrótce na wózku inwalidzkim.
Zamarł. Serce zaczęło bić jak oszalałe. Powoli wyjął banknot i podał go staruszce.
— Mów… — wyszeptał.
Staruszka wzięła banknot, ścisnęła go w sękatych palcach i powoli schowała do kieszeni wytartego płaszcza. Potem podniosła wzrok na Alexandre’a — uważnie, długo, jakby nie oglądała jego twarzy, lecz sam jego los.
— Twój ból nie jest w nodze — powiedziała niespodziewanie spokojnie. — Ani w kościach. Jest głębiej. Tam, gdzie dziesięć lat temu pozwoliłeś umrzeć nie tylko kobiecie, ale i sobie.
Alexandre zmarszczył brwi.
— Jeśli zamierzasz mówić ogólnikami, nie trać mojego czasu — odparł chłodno. — Słyszałem już dość filozofii.
Staruszka uśmiechnęła się krzywo.
— Słyszałeś wiele, ale nie słuchałeś. Ani lekarzy. Ani jej.
Drgnął.
*
— Nie masz prawa mówić o niej.
— Mam — odpowiedziała ostro. — Bo ona tu jest. I czeka, aż wreszcie zrozumiesz.
Wiatr przeszedł przez aleję, liście zaszeleściły. Alexandre’owi zrobiło się nagle zimno, choć płaszcz miał zapięty.
— Mów jasno — powiedział ciszej. — Co mi jest?
Staruszka oparła się mocniej na lasce, jakby zbierała siły.
— Gdy Héloïse umierała, wiedziałeś, o co cię prosiła — powiedziała. — A jednak tego nie zrobiłeś.
Serce Alexandre’a ścisnęło się boleśnie.
— Prosiła, żebym żył dalej — wyszeptał. — Żebym nie chował się razem z nią.
— Nie — pokręciła głową. — To było później. Wcześniej prosiła, żebyś ją puścił.
Wspomnienie uderzyło nagle, jak błysk bólu. Sala szpitalna. Aparatura. Jej dłoń w jego ręce — zimna, słaba.
„Alex… jeśli będzie gorzej… nie trzymaj mnie. Jestem zmęczona”.
— Walczyłem o nią — wyszeptał. — Robiłem wszystko, co mogłem.
*
— Walczyłeś o siebie — powiedziała twardo staruszka. — Nie potrafiłeś pogodzić się z tym, że nie wszystko w życiu da się kupić. Trzymałeś ją, gdy ona potrzebowała odejść w spokoju. Kurczowo się trzymałeś. A ból, który zabrała ze sobą, został w tobie.
Alexandre poczuł, jak nogę znów przeszywa paląca fala. Chwycił się za udo, zacisnął zęby.
— To… niemożliwe — wydusił. — Chcesz powiedzieć, że sam się karzę?
— Nosisz jej ostatnie minuty w swoim ciele — odpowiedziała cicho. — Każdy krok to przypomnienie. Każda noc to tamta sala. Nie wybaczyłeś sobie.
Opadł na ławkę. Oddychał urywanym tchem.
— Co mam zrobić? — zapytał po chwili. — Skoro widzisz przyszłość… powiedz.
Staruszka spojrzała na niego już bez chytrego uśmiechu.
— Wózek inwalidzki czeka, jeśli dalej będziesz żył jak martwy — powiedziała. — Ale jeśli chcesz inaczej — wróć tam, gdzie wszystko się skończyło.
— Do szpitala?
— Do domu nad morzem — pokręciła głową. — Tam, gdzie byliście szczęśliwi po raz ostatni. Gdzie się śmiała. Gdzie obiecałeś, że nie będziesz silniejszy od jej woli.
*
Alexandre pobladł. Dom w Prowansji. Zamknięty od dziesięciu lat. Nigdy tam nie wrócił.
— Tam leży to, co ukryłeś — dodała. — I dopóki nie spojrzysz temu w oczy, ból będzie z tobą.
— A jeśli pojadę? — zapytał. — Ból zniknie?
Staruszka powoli się podniosła.
— Nie obiecuję cudu — powiedziała. — Obiecuję prawdę. A prawda zawsze leczy. Albo uwalnia.
Odwróciła się i odeszła alejką, znikając między drzewami. Alexandre patrzył za nią, aż zupełnie się rozpłynęła.
Trzy dni później był już w Prowansji.
Dom powitał go zapachem kurzu i lawendy. Wszystko było na swoim miejscu — jej szal na oparciu fotela, filiżanka w kuchni, fotografia przy oknie. Noga bolała, ale inaczej — tępo, jakby zmęczona.
W sypialni, w dolnej szufladzie komody, znalazł kopertę. Jego pismo. Sam ją tam schował, nie będąc w stanie jej wtedy przeczytać.
List drżał mu w rękach.
*
„Jeśli to czytasz, znaczy, że już mnie nie ma. Proszę, nie zamieniaj mojej śmierci w swoje życie. Nie chcę, żebyś cierpiał dla mnie. Chcę, żebyś żył dla siebie. Puść mnie. I wybacz sobie. Ja dawno ci wybaczyłam”.
Usiadł na podłodze. Łzy kapały na papier.
Coś w nim pękło — a razem z tym zniknęło napięcie. Ostrożnie wstał. Zrobił krok. Potem drugi.
Ból nie zniknął całkowicie. Ale już nim nie rządził.
Pół roku później Alexandre znów przyszedł do lekarza. Przyszedł sam. Bez laski.
— To ciekawe… — mruknął doktor, patrząc na wyniki. — Napięcie mięśniowe się odbudowało. Jakby… przestał pan walczyć.
Alexandre uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu lat.
Nie czekał już na śmierć.
Wreszcie zaczął żyć.