Irena obudziła się z bólu. Coś śniło jej się tuż przed przebudzeniem — coś ważnego, niepokojącego, jakby ostrzeżenie. Ale ból natychmiast wyparł sen i ten rozsypał się, jakby nigdy go nie było.
Nigdy wcześniej brzuch nie bolał jej tak bardzo. Ból ciągnął, palił, promieniował do pleców i to właśnie najbardziej przerażało.
Irena leżała, starając się oddychać spokojnie i wsłuchując się w swoje ciało. Wydawało się, że ból słabnie. Ostrożnie usiadła na łóżku, lecz gdy tylko spróbowała wstać, ból znów przeszył ją na wskroś — ostry, bezlitosny. Irena krzyknęła i osunęła się z łóżka na podłogę.
Na kolanach doczołgała się do komody, gdzie zostawiła telefon podłączony do ładowarki. Tak właśnie dzwoniła po karetkę — klęcząc, opierając jedną dłoń o zimną podłogę.
„Muszę się uspokoić. Zaraz przyjadą” — powtarzała sobie w myślach.
I nagle uderzyła ją kolejna myśl: drzwi.
*
Irena doczołgała się do przedpokoju. Ból pulsował w niej, brzuch palił jak ogniem. Spróbowała się wyprostować, żeby sięgnąć do zasuwy w drzwiach wejściowych, ale ciało jakby przecięto na pół. Do oczu napłynęły łzy.
Na tym właśnie polega groza samotności. Nie na tym, że nie ma komu podać szklanki wody, ale na tym, że nie ma komu otworzyć drzwi dla ratunku.
Irena przygryzła wargę do krwi i spróbowała jeszcze raz. Zasuwa ustąpiła. Otworzyła drzwi — i straciła przytomność.
Przez mgłę w głowie docierały do niej urywki zdań. Ktoś ją o coś pytał, potrząsał. Wydawało jej się, że odpowiada — albo tylko bardzo chciała w to wierzyć.
Irena ocknęła się już na sali. Przez okno raziło nisko stojące jesienne słońce. Drgnęła, odwracając głowę od światła, i natychmiast skrzywiła się z bólu pod mostkiem. Brzuch wydawał się nabrzmiały, obcy, ale samego bólu prawie nie było.
Jeszcze niedawno, kiedy po raz kolejny próbowała rozstać się z Markiem, myślała, że lepiej umrzeć, niż tak żyć. Męża nie było. Dzieci nie było. Nikogo nie było.
A teraz kurczowo trzymała się życia. Zrozumiała, jak strasznie jest umierać tak — nagle, w samotności, bez świadków.
— Obudziła się? Zaraz zawołam pielęgniarkę.
*
Irena odwróciła głowę i zobaczyła sąsiadkę z łóżka obok — krępą kobietę w nieokreślonym wieku, ubraną we flanelowy szlafrok w żółte kwiaty na niebieskim tle.
— Jak się pani czuje? — zapytała pielęgniarka.
— Dobrze… A co mi jest?
— Zaraz przyjdzie lekarz i wszystko wyjaśni.
— Jest pani na ginekologii. Przywieźli panią jakieś dwie godziny temu. Śpioch z pani, dziewczyno — powiedziała sąsiadka.
„Dziewczyno”. Ostatnio coraz częściej mówiono do niej „kobieto” albo „obywatelko”. A przecież miała tylko czterdzieści dwa lata. Po prostu zbyt długo żyła z poczuciem, że wszystko już minęło.
Lekarz powiedział spokojnie, niemal obojętnie:
— Ciąża pozamaciczna. Pęknięcie jajowodu. Zdążyliśmy.
W piersi Ireny pojawiła się pustka. Nie ból. Nie strach. Cisza.
Później, gdy wyszła na korytarz, zakręciło jej się w głowie i opadła na miękki fotel. Zamknęła oczy — i znów zobaczyła zimną podłogę, swoje kolana, otwarte drzwi.
I wtedy zrozumiała:
gdyby tamtej nocy nie otworzyła drzwi —
nikt nigdy nie dowiedziałby się, że była w ciąży.
*
Irena nagle pojęła jedno:
przeżyła nie po to, żeby wrócić do dawnego życia.
Myśl przyszła spokojnie, bez patosu, jakby czekała na właściwy moment. Leżała, patrząc w sufit, i czuła, że coś w niej się przesunęło. Nie ból. Nie strach. Oś.
Wieczorem lekarz powiedział, że wyniki są dobre.
— A w przyszłości? — zapytała cicho Irena.
— Szansa jest — odpowiedział. — Ale teraz wiele zależy od pani.
Telefon leżał na szafce nocnej. Kilka nieodebranych połączeń od Marka. Wiadomość: „Gdzie jesteś?”
Irena wyłączyła telefon. Teraz musiała usłyszeć tylko siebie.
*
Po trzech dniach ją wypisano. Na zewnątrz świeciło zimne słońce. Irena stała przed wejściem do szpitala i nie spieszyła się z odejściem. Wiedziała, że za tym progiem zaczyna się inne życie.
W domu wszystko było na swoim miejscu. Ten sam przedpokój. Te same drzwi. Ta sama zasuwa. Irena dotknęła jej palcami i głęboko odetchnęła. Wspomnienie ukłuło — ból, strach, kolana na podłodze.
Zasunęła drzwi.
Nie ze strachu.
Ale dlatego, że teraz wiedziała: ratunek zaczyna się od decyzji, by zostać.
Wieczorem Marek przyszedł. Dzwonił. Pukał.
— Musimy porozmawiać — powiedział.
— Nie — odpowiedziała spokojnie. — Musimy się rozstać.
Gdy kroki za drzwiami ucichły, wróciła do pokoju, usiadła na łóżku i położyła dłoń na brzuchu. Była tam cisza. Ciepła. Prawdziwa.
Straciła coś, o czym nawet nie zdążyła się dowiedzieć.
Ale po raz pierwszy w życiu nie straciła siebie.
I to wystarczyło, żeby żyć dalej.