Kiedy dowiedziałem się, że moja była żona zamierza wyjść za mąż za biednego robotnika budowlanego, postanowiłem pójść na jej ślub.
Nie po to, by pogratulować.
Nie po to, by życzyć jej szczęścia.
Szedłem tam z zimną, jadowitą myślą — wyśmiać jej wybór. Udowodnić sobie, a może i jej, że popełniła błąd, odchodząc ode mnie.
Nazywam się Daniel Rosiński. Mam trzydzieści dwa lata. Urodziłem się i wychowałem w dużym mieście, w zwyczajnej rodzinie, w której zawsze wierzono, że sukces mierzy się pieniędzmi, statusem i tym, jak wysoko udało ci się wspiąć po drabinie społecznej.
Podczas studiów na uniwersytecie zakochałem się w Elżbiecie Wójcik.
Nie była kobietą, która krzyczy, żeby ją zauważono. Była cicha, uważna, naprawdę troskliwa. Pamiętała urodziny moich rodziców, nawet wtedy, gdy ja sam o nich zapominałem. Potrafiła słuchać. Potrafiła czekać. I potrafiła kochać w sposób, który przerażał swoją głębią.
Pracowała na pół etatu w bibliotece uniwersyteckiej — układała książki, pomagała studentom, uśmiechała się tak, jakby na tym świecie wciąż panował porządek.
Ja studiowałem ekonomię. Byłem pełen ambicji i niezachwianego przekonania, że przeznaczone jest mi coś więcej niż zwyczajne życie.
*
— Za dużo myślisz o przyszłości — mówiła czasem, kładąc dłoń na moim ramieniu.
— A ty za mało — odpowiadałem z uśmiechem.
Wtedy jeszcze nie rozumiałem, jak okrutne potrafią być takie słowa.
Po studiach dostałem dokładnie to, co uważałem za należne: świetnie płatną pracę w międzynarodowej firmie, szklane biuro z widokiem na miasto, delegacje, spotkania, wizytówki z wytłoczonym logo. Ludzie, którzy wcześniej mnie nie zauważali, teraz kiwali głowami z uznaniem.
Byłem przekonany, że wygrałem.
Elżbieta cieszyła się z mojego sukcesu. Szczerze. Ale jej radość była cicha. Wciąż wracała do domu zmęczona i starannie odkładała swoje rzeczy, jakby starała się zajmować jak najmniej miejsca w moim nowym, „wielkim” życiu.
Z czasem podjęła pracę jako recepcjonistka w małym hotelu przy trasie. Praca była ciężka i niewdzięczna, ale nigdy nie narzekała.
— To tylko tymczasowe — mówiłem, nawet na nią nie patrząc. — Dopóki nie znajdziesz czegoś lepszego.
W rzeczywistości już wtedy zacząłem się jej wstydzić.
Właśnie w tamtym momencie trucizna zaczęła wnikać do mojego umysłu. Powoli. Prawie niezauważalnie.
Zacząłem porównywać. Siebie — z nią. Moje garnitury — z jej prostymi ubraniami. Moje kolacje biznesowe — z jej nocnymi zmianami. Moje plany — z jej skromnymi marzeniami.
*
Coraz częściej czułem irytację.
— Mogłabyś mierzyć wyżej — powiedziałem jej kiedyś przy kolacji.
Spojrzała na mnie. W jej oczach nie było złości. Tylko zmęczenie.
— Ja mierzę w to, żebyśmy byli szczęśliwi — odpowiedziała cicho.
Uśmiechnąłem się kpiąco.
Nie wiedziałem jeszcze, że właśnie w tej chwili zaczynam ją tracić.
Powoli. Nieodwracalnie. I naprawdę.
Rozstanie nie było burzą.
Było powolne, lepkie i boleśnie ciche — dokładnie takie, jakim bywa koniec, gdy miłość umiera nie od jednego ciosu, lecz z wyczerpania.
Elżbieta coraz rzadziej pytała, jak minął mi dzień. Ja coraz rzadziej interesowałem się jej. Mieszkaliśmy w tym samym mieszkaniu, ale w różnych światach. Wracałem późno, pachnący drogimi restauracjami i alkoholem. Ona wstawała wcześnie, szła do pracy i wracała z cieniem zmęczenia na twarzy.
— Pamiętasz w ogóle, kiedy ostatnio jedliśmy razem kolację? — zapytała pewnego razu.
Wzruszyłem ramionami, nie odrywając wzroku od telefonu.
— Mam teraz trudny okres.
*
To była moja uniwersalna odpowiedź. Ukrywałem nią obojętność.
Odeszła bez scen. Bez krzyków. Bez wyrzutów. Pewnego dnia po prostu spakowała swoje rzeczy — jak zawsze starannie — i zostawiła klucze na stole.
— Nie czuję się już twoją żoną — powiedziała spokojnie. — Czuję się jak tło.
Nie zatrzymałem jej. Duma była silniejsza niż strach.
Rozwód przebiegł szybko. Mówiłem znajomym, że to dla dobra nas obojga. Że „rozminęliśmy się w wartościach”. Że nie mogę ciągnąć za sobą kogoś bez ambicji. Kiwnięcia głową, zgoda, kolejny kieliszek.
A jednak nocami łapałem się na tym, że w ciszy mieszkania nasłuchuję jej kroków.
Minęły dwa lata.
O jej ślubie dowiedziałem się przypadkiem. Wspólny znajomy rzucił tę informację mimochodem, jakby mówił o pogodzie.
— A tak w ogóle, Elżbieta wychodzi za mąż.
— Za kogo? — zapytałem z uśmiechem.
— Za jakiegoś robotnika budowlanego. Zwykły facet. Chyba ma na imię Mateusz.
*
Roześmiałem się. Głośno. Nieprzyzwoicie.
— No proszę — powiedziałem. — Na tyle ją było stać.
Nie spałem całą noc. W środku buzowała we mnie dziwna, złośliwa ciekawość. Musiałem to zobaczyć. Upewnić się. Postawić kropkę.
Ślub był skromny. Niewielka sala. Proste kwiaty. Ciepłe światło. Ludzie, którzy patrzyli na siebie z prawdziwymi uśmiechami — nie tymi zakładanymi dla prestiżu.
Wszedłem pewnym krokiem. Niemal arogancko.
I wtedy go zobaczyłem.
Mateusz stał przy ołtarzu w prostym garniturze, który zapewne został kupiony nie dla marki, lecz dla tej chwili. Jego dłonie były szorstkie, z odciskami — dłońmi człowieka, który zna zmęczenie. Ale w jego oczach było coś, czego nie widziałem u siebie od lat.
Spokój.
Patrzył na Elżbietę tak, jakby cały świat skurczył się do jej uśmiechu.
A ona…
Ona była inna.
Nie cichsza — nie.
Pełniejsza.
*
Gdy mnie zobaczyła, jej spojrzenie zatrzymało się na ułamek sekundy. Bez zaskoczenia. Bez bólu. Bez złości. Tylko uprzejme, odległe rozpoznanie. Jakbym był starą książką, którą kiedyś przeczytała i zamknęła na zawsze.
I w tej chwili zrozumiałem.
Nie przegrałem dlatego, że on był lepszy ode mnie.
Przegrałem dlatego, że on widział w niej człowieka, a ja — dodatek do własnego życia.
Nogi się pode mną ugięły. Zabrakło powietrza. Odwróciłem się i wyszedłem, nie patrząc dokąd. Łzy płynęły same — ciężkie, wstydliwe, prawdziwe.
Nie płakałem z powodu niej.
Płakałem z powodu siebie.
Z powodu tego, kim się stałem.
Z powodu tego, że pomyliłem sukces z wartością, a ambicję z miłością.
Dziś żyję sam. Wciąż pracuję w tej samej firmie. Wciąż noszę drogie garnitury. Wciąż osiągam cele.
Ale czasem, mijając plac budowy, myślę o tym, że najbogatszy człowiek tamtego dnia nie stał w szklanym biurze.
Stał przy ołtarzu.
I trzymał za rękę kobietę, którą kiedyś uważałem za „zbyt prostą”.
I to jest moja ostateczna, bolesna, ale szczera prawda.