— Powiedzmy sobie szczerze: na Nowy Rok ty płacisz za swoje produkty, a ja za swoje — oznajmił Aleksander spokojnym, niemal urzędowym tonem.

Zdanie zabrzmiało zwyczajnie — zbyt zwyczajnie jak na wieczór przed Nowym Rokiem.
Takie słowa nie krzyczą, nie uderzają pięścią w stół, nie prowadzą do awantury.
One po prostu spadają — i nagle uświadamiasz sobie, że w tym małżeństwie od dawna jesteś sama.

Marina na moment znieruchomiała, jakby nie od razu zrozumiała sens tego, co usłyszała. W supermarkecie było głośno: wózki, muzyka, rozmowy, śmiech. Ludzie wybierali mandarynki, szampana, słodycze — przygotowywali się do święta. A w niej samej nagle zrobiło się pusto i zimno.

— Sasza, a może weźmiemy jeszcze krewetki? Duże, królewskie — powiedziała jak gdyby nigdy nic i demonstracyjnie włożyła do koszyka opakowanie z łososiem. — To przecież Nowy Rok.

Odwróciła się do męża z uśmiechem — sztucznie lekkim, niemal teatralnym. Takim, jakim uśmiechają się ludzie, którzy nie chcą pokazać irytacji.

*

Aleksander stał przy lodówce z owocami morza i patrzył w telefon. Twarz miał napiętą, brwi ściągnięte, szczękę zaciśniętą. Wyraźnie nie czytał wiadomości — liczył. Liczył pieniądze.

Sasza, słyszysz mnie?

— Słyszę — odpowiedział, nie podnosząc wzroku. — Tylko nie jestem pewien, czy potrzebujemy krewetek.

Marina uśmiechnęła się krótko, ostro, bez cienia radości, i podeszła bliżej, naruszając jego przestrzeń.

Jak to „nie potrzebujemy”? To Nowy Rok! Raz w roku można sobie pozwolić — powiedziała z naciskiem, jakby mówiła nie do męża, a do kasjera.

Aleksander schował telefon do kieszeni i uważnie spojrzał najpierw na koszyk — droga ryba, importowane sery, owoce, wino. Potem na Marinę. Długo. W milczeniu.

— Powiedziałem jasno — odezwał się w końcu. — Każdy płaci za siebie. Mnie ten zestaw nie jest potrzebny.

Marina przewróciła oczami.

— Oczywiście. Tobie nic nie jest potrzebne. Za to potem przy stole będziesz jadł wszystko po kolei — rzuciła złośliwie.

— Będę jadł to, co kupię — odpowiedział chłodno Aleksander.

*

Między nimi zawisło napięcie — gęste, lepkie. Takie, które nie znika od uśmiechów i samo się nie rozprasza.

Marina demonstracyjnie odwróciła się i zaczęła dokładać do koszyka kolejne produkty — jak na złość. Robiła to gwałtownie, głośno, rzucając opakowania niczym oskarżenia. Nie drażnił jej brak pieniędzy — wściekłość budził fakt, że jej nie ustąpiono.

Aleksander milczał. Od dawna wiedział: dyskusja nie ma sensu. Dla Mariny Nowy Rok był okazją do pokazania statusu, a nie do radości. Do wydawania, żądania, udowadniania. I nieważne, że pensja nie jest z gumy, że przed nimi rachunki, kredyt, leki dla matki.

Przypomniał sobie Annę — swoją mamę. Jak dzień wcześniej dzwoniła i ostrożnie pytała, czy nie jest im ciężko, czy nie trzeba pomóc, czy nie uraził Mariny czymś. Anna zawsze się martwiła — o syna, o spokój w ich rodzinie, o święta.

„Najważniejsze, żebyście byli razem i spokojnie przywitali Nowy Rok” — powiedziała wtedy.

Anna potrafiła cieszyć się drobiazgami. I nigdy — nigdy — nie stawiała pieniędzy ponad ludźmi.

*

A Marina… Marina widziała w tym słabość.

I to był dopiero początek.

Marina zapłaciła przy kasie z kamienną twarzą. Karta stuknęła o terminal zbyt głośno — a może tylko jej się tak wydawało. Aleksander zapłacił swoją część w milczeniu, nie patrząc na nią. Wyszli z supermarketu różnym krokiem, ale w tym samym kierunku — jak ludzie, którzy formalnie są razem, lecz od dawna każdy osobno.

W samochodzie Marina demonstracyjnie wpatrywała się w telefon.

— A propos — rzuciła po kilku minutach, nie odrywając wzroku od ekranu — mama dzwoniła. Pytała, czy będziemy u niej pierwszego stycznia. Powiedziałam, że nie wiem. Nie mam ochoty siedzieć przy stole i słuchać jej westchnień o tym, że „trzeba żyć skromniej”.

Aleksander mocniej ścisnął kierownicę.

— Anna nie mówi nic złego — odpowiedział spokojnie. — Ona po prostu chce nas zobaczyć.

— No właśnie, ona chce — prychnęła Marina. — A mnie nikt nie pyta. U niej ciągle to samo: „najważniejsza jest rodzina”, „pieniądze to nie wszystko”. Łatwo tak mówić, kiedy całe życie oszczędzała na sobie.

Nie odezwał się. Nie dlatego, że się zgadzał — tylko dlatego, że zrozumiał: Marina nawet nie próbuje słuchać.

Wieczorem, gdy produkty były już rozłożone na półkach, Aleksander jednak zadzwonił do matki.

*

— Mamo — powiedział cicho, wychodząc na balkon. — Przyjedziemy. Ja przyjadę.

— Synku — odezwała się od razu Anna, a w jej głosie była ta sama ciepła ostrożność — będę się cieszyć. Nawet jeśli będziesz sam. Nie martw się, wszystko rozumiem.

Te słowa zabolały bardziej niż jakiekolwiek wyrzuty.

Nowy Rok przywitali we troje — Aleksander, Marina i napięcie między nimi. Marina z przyjemnością ustawiła na stole wszystko, co kupiła, mówiła głośno, śmiała się zbyt demonstracyjnie i nie zapominała podkreślać:

— To ja wzięłam, to też ja. No proszę, potrafię sprawiać sobie przyjemność.

Aleksander jadł w milczeniu. I po raz pierwszy od dawna jasno zrozumiał: obok niego jest człowiek, dla którego ważniejsze jest udowodnić niż dzielić.

Rankiem pierwszego stycznia spakował torbę.

— Gdzie idziesz? — zapytała niezadowolona Marina, nie odrywając się od lustra.

— Do mamy — odpowiedział po prostu.

*

— A ja? — odwróciła się, wyraźnie licząc, że go zatrzyma.

— A ty zostajesz. Tutaj. Z tym, co jest dla ciebie najważniejsze.

Marina prychnęła, ale tym razem nie znalazła słów.

U Anny było ciepło. Nie bogato, nie głośno — naprawdę spokojnie. Nie zadawała zbędnych pytań, nie narzekała, po prostu nalała herbaty i postawiła na stole domowe ciasto.

— Wiesz — powiedziała nagle — źli ludzie rzadko bywają szczęśliwi. Oni cały czas coś dzielą.

Aleksander skinął głową. Zrozumiał to zbyt późno — ale zrozumiał.

Wieczorem wrócił do domu, spakował resztę rzeczy i zostawił na stole kartkę. Krótką. Szczerą. Bez oskarżeń.

Święta się skończyły.
Ale po raz pierwszy od długiego czasu poczuł ulgę — jak po trudnej, lecz właściwej decyzji.