Nie jestem portfelem, żeby opłacać twoje randki z „koleżanką”! — powiedziała Clara, widząc paragony z jubilera.

— Żartujesz sobie?! — Thomas cisnął na stół starą czarną teczkę z dokumentami tak, że się otworzyła, a rachunki, wydruki i lepkie paragony rozsypały się po kuchni. — Chcesz mi powiedzieć, że nie ma pieniędzy? Pod koniec grudnia? Przed świętami?!

Clara stała przy kuchence, trzymała w ręku łyżkę i mieszała stygnącą zupę dla córki. Za oknem uderzało zimne, sine przedwieczorne niebo. Na parapecie leżała girlanda — jeszcze nie włączona. Chciała udekorować mieszkanie na Nowy Rok, ale nie miała już na to sił.

Powoli odwróciła się do męża.

— Nie „nie ma”. Jest „mało”. I to są dwie różne rzeczy.

— Co ty powiesz! — Thomas chwycił jeden z papierów i potrząsnął nim przed jej twarzą. — Dwadzieścia trzy tysiące! Dwadzieścia, cholera, trzy! Rozumiesz, co to znaczy?!

— Rozumiem. Po twoich wydatkach na „potrzeby biurowe” niewiele zostało.

Clara mówiła spokojnie, niemal zmęczonym głosem, ale w środku wszystko w niej drżało. Słowa cisnęły się na usta — o długach, o kolejnej „delegacji”, która okazała się wieczorem w barze, o kolejnym niedokończonym remoncie w pokoju córki. Ale powstrzymała się.

Thomas poczerwieniał.

*

— Teraz chcesz mi robić wyrzuty?! Serio? Tuż przed Nowym Rokiem?! — odchylił głowę i zaśmiał się krótko, złośliwie. — Clara, może zapomniałaś, ale ludzie pracujący w sprzedaży mają coś takiego jak „koszty reprezentacyjne”. Pracuję z ludźmi! Muszę wyglądać jak ktoś, kogo stać na normalne życie!

— Ja też pracuję z ludźmi — powiedziała Clara, zmniejszając gaz pod garnkiem. — Ale to nie daje mi prawa wydawać pieniędzy, których nie ma.

Thomas przeszedł się po kuchni i zajrzał do lodówki, jakby szukał tam argumentów. W środku był pojemnik z wczorajszą kaszą, słoik dżemu, kilka jajek, mleko i lekarstwa dla córki — Emma znowu kaszlała.

Z trzaskiem zamknął lodówkę.

— Specjalnie wszystko dramatyzujesz. Wiesz przecież, że mama ma jubileusz. Sześćdziesiąt lat! I czeka, że przyjedziemy w normalnym stanie. Nie tak jak ty — w roboczej kurtce i z tymi wiecznymi cieniami pod oczami.

Clara powoli wytarła ręce w ręcznik.

— I co ona chce na jubileusz?

Spojrzał na nią jak na idiotkę.

*

— Prezent. Porządny prezent. Powiedziała, że choć raz w życiu chce dostać coś, czego nie będzie wstyd pokazać ludziom. I jeszcze… — zawahał się. — Żebyśmy przyszli jak rodzina. Uśmiechy, atmosfera, żeby Emma była ładnie ubrana…

— Thomas — Clara ciężko opadła na taboret. — Obiecałeś, że tym razem sam kupisz prezent. Sam. Ja nie dam rady. Naprawdę.

— Ty nic nie rozumiesz? — wcisnął jej do ręki telefon. — Spójrz! Wybrałem bransoletkę. Złotą. Z kamieniami. Ona o takiej marzyła!

Clara spojrzała na ekran. Bransoletka kosztowała prawie tyle, ile ona zarabiała w miesiąc.

Zamknęła oczy.

— Nie mamy z czego zapłacić za przedszkole w styczniu. Rozumiesz?

Thomas machnął ręką.

— Dorobię sobie. Dlaczego ty zawsze tkwisz w problemach? Można żyć lżej!

I wtedy Clara pękła — po raz pierwszy od dawna.

LŻEJ?! — wstała gwałtownie. — Przez trzy miesiące brałam dodatkowe zmiany, żebyśmy mieli poduszkę finansową na święta! Żeby Emma miała strój na występ! Żebyśmy, do cholery, nie musieli pożyczać pieniędzy przed Nowym Rokiem! A ty wszystko spaliłeś w miesiąc! Na swoje „reprezentacyjne” burgery i nowe buty!

*

Zrobił krok w jej stronę.

— Nie przesadzaj.

— Nie przesadzam! — wskazała palcem na stół. — Chcesz prezent dla mamy? Kup go. Chcesz jechać na jubileusz? Jedź. Ale za moje pieniądze już tego nie zrobisz.

Twarz Thomasa drgnęła.

— Grozisz mi?

— Nie. Stawiam granicę. Mam dość bycia dojna krową.

Thomas uderzył pięścią w blat — słoik z dżemem zachwiał się.

— Ta twoja pensja to grosze! Beze mnie już dawno byś…

— Dawno co? — Clara zmarszczyła brwi. — Zdechła? Przepadła? Proszę, powiedz.

Nie odpowiedział. Odwrócił się.

*

W tym momencie z pokoju wyszła Emma — w piżamie, rozczochrana, senna.

— Mamo, czemu się kłócicie? — pociągnęła Clarę za rękę.

Clara przykucnęła i pogładziła córkę po włosach.

— Rozmawiamy, kochanie. Wszystko dobrze. Idź włączyć bajki.

Emma odeszła, ale jeszcze kilka razy się obejrzała, jakby bała się, że rodzice zaraz zrobią sobie krzywdę.

Thomas poirytowany poszedł do przedpokoju, chwycił kurtkę.

— Dokąd idziesz? — zapytała Clara, choć znała odpowiedź.

— Do baru, cholera jasna! Tam przynajmniej są normalni ludzie, a nie histeryczki. I tak — kupię prezent. Jaki będę chciał. Uznaj, że nie masz z nim nic wspólnego.

Wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że z wieszaka spadł szalik, który Clara kupiła Emmie na Nowy Rok.

*

Clara długo stała, słuchając, jak jego kroki cichną na klatce schodowej.

Wiedziała: to nie była zwykła kłótnia. To był punkt bez powrotu.

Wyjęła dokumenty z teczki. Potem sięgnęła po inną — tę, którą trzymała w szafie, na najwyższej półce, gdzie Thomas nigdy nie zaglądał.

Były tam wydruki operacji bankowych z ostatniego półtora roku.

Otworzyła pierwszą stronę — i uczucie, które próbowała w sobie zdusić od tygodnia, wróciło.

Płatności. Kawiarnie. Sklepy z damską odzieżą. Salony urody. Hotele.

Patrzyła na kwoty i czuła, jak w środku narasta coś ciężkiego, lodowatego.

„Może źle to wszystko zrozumiałam… Może naprawdę spotyka się z klientkami…”

Ale potem — numer karty.
Ostatni „przypadkowo zostawiony” paragon.

*

Imię.

Nie jej.
Nie klientki.
Nie koleżanki z pracy.

Imię kobiety, która dzwoniła do niego od roku — „bliska przyjaciółka rodziny”.

Marina.

Przyjaciółka… jasne.

Clara zamknęła oczy.
Chłód ścisnął gardło.

Wstała. Wzięła telefon. Przewinęła kontakty.
Znalazła numer Mariny.

Zawahała się sekundę.
Nacisnęła „zadzwoń”.

Sygnał. Drugi. Trzeci.

Odebrano niemal od razu — w tle słychać było śmiech, muzykę, brzęk kieliszków.

— Halo? Clara? — głos był zbyt wesoły, zbyt lekki. — O, hej! Czemu dzwonisz?

Clara wzięła głęboki oddech.

*

— Marina, gdzie teraz jesteś?

— Ja… — zawahała się, potem zaśmiała. — Siedzimy tu z ludźmi! Prawie firmówka. Wiesz, grudzień, wszyscy się bawią…

Clara ścisnęła telefon.

A Thomas jest z tobą?

Zapadła cisza.

— On… wyszedł po papierosy.

I w tej chwili w zamku przekręcił się klucz.

Drzwi zaczęły się otwierać.

Thomas wszedł i od razu zrozumiał, że coś jest nie tak.

Clara stała na środku kuchni z telefonem w ręku.

— Z kim rozmawiasz? — zmarszczył brwi.

*

— Z Mariną.

Telefon był na głośniku.

— Thomas?.. — odezwał się ostrożnie głos.

Zbladł.

— Co ty wyprawiasz?! — syknął do Clary.

— Sprawdzam — odpowiedziała spokojnie i zakończyła połączenie.

Rozłożyła przed nim dokumenty.

— Rok. Cały rok. Hotele, prezenty, restauracje.
Płaciłeś moimi pieniędzmi.

— To nic nie znaczy — burknął. — To tylko… relacja.

— A wiesz, co znaczy? — Clara wskazała na drzwi pokoju córki. — Dziecko, które boi się krzyków.
I odpowiedzialność, od której uciekłeś.

*

Wyjęła kopertę.

— Złożyłam pozew o rozwód. I zamknęłam dostęp do wspólnego konta. Dzisiaj.

Wyprostował się gwałtownie.

— Nie masz prawa!

— Mam. Bo to moje życie.

W drzwiach stanęła Emma.

— Mamo…

Clara natychmiast uklękła przy córce.

— Jedziemy do babci. Na trochę. Wszystko będzie dobrze.

Thomas patrzył na nie — zagubiony, wściekły, pusty.

*

— Wszystko niszczysz — powiedział głucho.

Clara wzięła torbę, założyła córce kurtkę.

— Nie.
Po prostu przestałam cię utrzymywać.

Otworzyła drzwi.

— Ty możesz tu zostać.
A my pójdziemy tam, gdzie nas nie zdradzają.

Drzwi się zamknęły.

I po raz pierwszy od dawna Clara poczuła nie strach —
lecz ulgę.