„A ty w ogóle zarobiłeś na to, żeby robić takie prezenty swojej rodzinie?”

Grudzień spadł na miasto zbyt wcześnie i zbyt gwałtownie — jakby ktoś bez ostrzeżenia nacisnął przycisk „święta”. Już w pierwszych dniach miesiąca witryny centrów handlowych rozbłysły girlandami, w przejściach unosił się zapach świerku i mandarynek, a twarze przechodniów przypominały scenografię do filmu, w którym wszyscy usilnie udają szczęśliwych.

*

Anna szła przeszklonym łącznikiem między biurowcami i ta przedświąteczna krzątanina wydawała jej się kpiną. W torebce miała złożony na czworo pasek z wypłaty, ale liczby zdawały się wypalać materiał. Premia roczna. Trzynasta pensja. Dodatek za trudny projekt. Kwota, która normalnie wywołałaby uśmiech. Gdyby nie jedno, bardzo nieprzyjemne „ale”.

W domu, w ich dwupokojowym mieszkaniu, to „ale” siedziało na kanapie z laptopem na kolanach i udawało, że pracuje.
Marek — jej mąż. Mężczyzna, którego kochała od ośmiu lat. Z którym przeszła przez męki start-upu, narodziny i upadki kilku pomysłów biznesowych, przeprowadzkę do tego miasta z dwoma walizkami i wielkimi nadziejami. Marek, który od trzech miesięcy starannie unikał rozmów o pieniądzach, jakby były czymś wstydliwym albo niebezpiecznym.

— Cześć — rzuciła Anna, zdejmując buty w przedpokoju. — Zjesz kolację?

— Cześć, Aniu. Tak, coś lekkiego. Kończę raport — odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad ekranu.

Przeszła do kuchni, włączyła czajnik i wyjęła z lodówki wczorajsze kotlety.
Raport. Zawsze raport. Prezentacja. Narada. Wygodne słowa, za którymi kryła się cisza. Premii już nie było, a twarz Marka z tygodnia na tydzień stawała się coraz bardziej napięta — jakby bez przerwy czekał na złe wiadomości.

*

Wszystko zaczęło się we wrześniu. Firma, w której pracował Marek — duży gracz na rynku oprogramowania logistycznego — trafiła pod falę „optymalizacji”. Najpierw zlikwidowano dział marketingu. Potem połowę programistów.

Tamtego wieczoru Marek wrócił do domu blady. Bez słowa nalał sobie whisky — czego nigdy nie robił w tygodniu — i usiadł przy kuchennym stole.

— Zwolnili Tomasza. I Daniela. Cały nasz dział, poza mną i Piotrem.

— Ciebie zostawili? — Anna wtedy odetchnęła, jakby właśnie wynurzyła się spod wody.

— Tak. Na razie. Premie obcięli całkowicie, pensję zamrozili. Ale to nic. Najważniejsze, że mnie nie wyrzucili.

Anna wtedy go przytuliła. Wypili za to, że się udało. Wierzyła mu. Chciała wierzyć.

Ale po tygodniu, po dwóch, po miesiącu zaczęła zauważać rzeczy, które do siebie nie pasowały. Marek unikał rozmów o pieniądzach. Odpowiadał wymijająco. Przytakiwał, gdy wspominała o urlopie, po czym natychmiast zmieniał temat.

Anna czuła, jak między nimi narasta napięcie — lepkie, ciężkie, jak powietrze przed burzą. I gdzieś głęboko w środku wiedziała już, że ta rozmowa i tak się odbędzie.

Nie wiedziała tylko, jak bardzo będzie bolało.

Anna zrozumiała, że ten moment nadszedł, gdy Marek niespodziewanie powiedział:

— Słuchaj… w weekend trzeba by pojechać do moich. Kupić prezenty. Mama dzwoniła, dawała do zrozumienia.

*

Powiedział to zwyczajnie, jakby chodziło o kupno chleba. Anna powoli podniosła na niego wzrok. W głowie wciąż dźwięczały jej liczby z paska wypłaty.

— Prezenty? — zapytała. — Jakie dokładnie?

— No… normalne. Coś porządnego dla mamy. Dla siostry. Dla dzieci. W końcu to Nowy Rok.

Wzruszył ramionami i znów wpatrzył się w laptop. I właśnie w tym geście coś w Annie ostatecznie pękło.

— Marek — usiadła naprzeciwko. — A ty w ogóle zarobiłeś na to, żeby robić takie prezenty swojej rodzinie?

Gwałtownie podniósł głowę.

— Co masz na myśli?

— Dokładnie to, co mówię. Od trzech miesięcy słyszę, że „wszystko jest w porządku”. Unikasz rozmów o pieniądzach. A teraz nagle — prezenty. I to, jak rozumiem, nie najtańsze.

— To moja rodzina — uciął. — Nie mogę przyjść z pustymi rękami.

— A ja? — zapytała cicho Anna. — Kim ja dla ciebie jestem?

Marek zatrzasnął laptopa.

— Nie zaczynaj.

— Ja nie zaczynam. Chcę tylko wiedzieć, z jakich pieniędzy zamierzasz to wszystko kupić.

Zamilkł. Zbyt długo.

— Przecież masz teraz dobrą premię — powiedział w końcu. — Jesteśmy rodziną. Wspólny budżet.

*

Te słowa zawisły w powietrzu jak policzek.

— Czyli uważasz za normalne wydawać MOJĄ premię na prezenty dla twojej rodziny, podczas gdy ty „kończysz raporty”? — zapytała powoli.

— To przejściowe — odburknął. — Mam trudny okres.

— Ty masz trudny okres, a ja mam odpowiedzialność — jej głos po raz pierwszy zadrżał. — Płacę kredyt. Rachunki. Planuję przyszłość. A ty nawet nie uznałeś za stosowne powiedzieć mi prawdy o swoich zarobkach.

— Nie muszę się przed tobą tłumaczyć! — wybuchł Marek.

— Musisz — odpowiedziała stanowczo. — Bo korzystasz z moich pieniędzy. Bo milczałeś.

Odwrócił się do okna.

— Przenieśli mnie na pół etatu — wydusił. — Jeszcze w październiku. Miałem nadzieję, że się poprawi. Że nie zauważysz.

Anna zamknęła oczy. Wszystko nagle ułożyło się w całość.

— I uznałeś, że lepiej udawać, niż powiedzieć prawdę?

— Nie chciałem wyglądać na nieudacznika.

— A wyszedłeś na kłamcę — odpowiedziała spokojnie.

Cisza opadła między nimi jak ciężka płyta.

— Nie zapłacę za prezenty dla twojej rodziny — powiedziała Anna. — Nie z chciwości. Tylko dlatego, że zdecydowałeś za mnie. Bez rozmowy. Bez uczciwości.

*

Marek skinął głową. Po raz pierwszy — bez sprzeciwu.

— I jeszcze jedno — dodała. — Od jutra mamy oddzielny budżet. Dopóki nie nauczysz się mówić prawdy.

Chciał coś powiedzieć, ale zamilkł.

Anna poszła do sypialni i zamknęła drzwi. Nie trzasnęła nimi. Po prostu je zamknęła.

I po raz pierwszy od dawna poczuła nie strach ani złość, lecz ciężką, uczciwą ulgę.
Postawiła granicę.
I wiedziała, że dalej nie będzie łatwo — ale będzie prawdziwie.