— Tak, wyrzucam panią w samą noc sylwestrową! Czy według pani mam znosić obelgi we własnym domu? — Clara wskazała teściowej drzwi.
Jej głos zabrzmiał zaskakująco twardo — tak bardzo, że nawet ona sama przez ułamek sekundy przestraszyła się tej determinacji. Serce biło szybko, lecz w środku nie było już wątpliwości. Wszystko, co gromadziło się przez lata, wreszcie wybuchło.
Clara stała przed lustrem, poprawiając loki, które tak długo i starannie układała. Sukienka w kolorze morskiej fali elegancko opinała sylwetkę, podkreślając talię, makijaż był perfekcyjny — specjalnie zapisała się do wizażystki, choć zazwyczaj malowała się sama. Dziś chciała wyglądać nie tylko ładnie — chciała być bezbłędna. Wszystko musiało być idealne. Po prostu musiało.
— Wyglądasz wspaniale — Mark objął ją od tyłu i delikatnie pocałował w skroń. — Mama będzie zachwycona.
*
Clara milczała, nie odrywając wzroku od ich odbicia w lustrze. Pięć lat małżeństwa — i ani razu nie usłyszała od Elizabeth słowa uznania. Ani za kolacje, ani za porządek w domu, ani za cierpliwość. Ale dziś… dziś wszystko miało być inaczej. Zbyt długo przygotowywała się do tego wieczoru, zbyt wiele postawiła na szali, by znów pozwolić, żeby wszystko potoczyło się według starego scenariusza.
Zwykle Nowy Rok spędzali u teściowej — w jej przestronnym trzypokojowym mieszkaniu z antycznymi meblami i ciężkimi kryształowymi żyrandolami. Tam Elizabeth panowała jak królowa, a Clara za każdym razem czuła się jak zbędny gość — niezgrabna, zawsze robiąca wszystko źle: źle dekorująca sałatkę, źle nakrywająca do stołu, mówiąca nie tym tonem, patrząca nie tym spojrzeniem.
Każdy jej ruch był oceniany, ważony i po cichu potępiany.
Ale trzy tygodnie wcześniej Elizabeth poślizgnęła się na lodzie i uszkodziła nogę. Nic poważnego, jednak lekarze stanowczo zalecili jej mniej chodzić i więcej odpoczywać. I właśnie wtedy Clara zdecydowała się na coś, na co nie miała odwagi przez wszystkie te lata.
— Elizabeth — powiedziała do słuchawki, starając się ze wszystkich sił, by jej głos brzmiał pewnie i spokojnie — może w tym roku spędzimy Sylwestra u nas? Nie będzie pani musiała gotować, biegać po sklepach, martwić się… Ja wszystko zorganizuję. Pani po prostu przyjedzie i odpocznie.
Pauza po drugiej stronie telefonu przeciągała się. Clara niemal pożałowała swoich słów, gdy w końcu usłyszała odpowiedź.
— No… skoro nalegasz — odparła teściowa tonem, jakim zwykle zgadza się na nieprzyjemny zabieg medyczny. — Tylko uważaj z przyprawami. I zapamiętaj: sałatkę jarzynową jem wyłącznie z parzoną kiełbasą. Żadnego kurczaka. Ani wędzonego, ani pieczonego.
Clara zamknęła oczy i głęboko odetchnęła.
Dziś wszystko będzie inaczej — powtórzyła w myślach.
*
Nie wiedziała jeszcze, jak bardzo będzie miała rację.
Goście zaczęli przyjeżdżać na godzinę przed północą.
Mieszkanie wypełniło się zapachem pieczonej ryby, świeżych ziół i mandarynek. W tle cicho grała muzyka, girlandy odbijały się w szklanych powierzchniach, tworząc atmosferę święta, na które Clara tak długo czekała. Poruszała się po kuchni pewnie, niemal spokojnie — jakby wiele razy ćwiczyła ten wieczór i teraz po prostu odgrywała wyuczoną rolę.
Elizabeth pojawiła się jako ostatnia.
Weszła, opierając się na lasce, z tym wyrazem twarzy, w którym od pierwszej sekundy można było wyczytać niezadowolenie. Rozejrzała się po przedpokoju powoli, uważnie — jakby szukała powodu do krytyki.
— Macie tu… chłodne światło — powiedziała, zdejmując płaszcz. — W Sylwestra zazwyczaj jest bardziej przytulnie.
Clara uśmiechnęła się. Uprzejmie. Powściągliwie.
— Nam się tak podoba.
*
Elizabeth nic nie odpowiedziała, lecz jej usta zacisnęły się w cienką linię. Mark natychmiast rzucił się pomagać matce — dosuwać krzesło, nalewać wody, poprawiać poduszkę. Jak zawsze.
Przy stole rozmowa toczyła się z napięciem. Krewni Marka próbowali żartować, rozmawiali o planach, pogodzie, fajerwerkach. Ale Elizabeth systematycznie niszczyła każdą próbę lekkości.
— Ryba jest przesuszona.
— Sałatka pokrojona za grubo.
— A to co? — z niesmakiem stuknęła widelcem w talerz. — Przecież mówiłam: żadnych eksperymentów.
Clara milczała. Liczyła oddechy. Przypominała sobie: jeszcze chwilę.
Ale gdy Elizabeth pochyliła się do sąsiadki i dość głośno powiedziała:
— Zawsze mówiłam Markowi: z niej żadna gospodyni. Kariera w głowie, a dom na ostatnim miejscu,
coś w Clarze ostatecznie pękło.
Powoli wstała.
*
Muzyka wciąż grała. Za oknem zaczęły rozbłyskiwać pierwsze fajerwerki.
— Elizabeth — odezwała się spokojnie, aż zbyt spokojnie. — Teraz pani mnie przeprosi.
Przy stole zapadła cisza.
— Co takiego? — teściowa uniosła brwi. — Ja tylko mówię prawdę.
Clara spojrzała na Marka. Odwrócił wzrok.
I w tej chwili wszystko zrozumiała.
— W takim razie ja też powiem prawdę — jej głos już nie drżał. — To jest mój dom. Zaprosiłam panią. Gotowałam, starałam się, znosiłam wiele. Ale poniżać mnie tutaj — pani nie będzie.
Elizabeth uśmiechnęła się drwiąco.
— Nie przesadzaj. Jesteś zbyt przewrażliwiona. Mark, powiedz jej.
Mark milczał.
Clara wzięła głęboki oddech i zrobiła krok w stronę drzwi.
— Tak, wyrzucam panią w samą noc sylwestrową. Czy według pani mam znosić obelgi we własnym domu? — wskazała drzwi. — Czas iść.
Ktoś westchnął. Ktoś opuścił wzrok.
Elizabeth pobladła.
— Pożałujesz tego.
*
— Nie — Clara pokręciła głową. — Pożałuję, jeśli nie zrobię tego teraz.
Minęło kilka minut niezręcznego zamieszania, szeptów i pospiesznych pożegnań. Drzwi się zamknęły. Clara oparła się o ścianę, czując, jak napięcie powoli ją opuszcza.
Mark stał na środku pokoju, zagubiony.
— Mogłaś… łagodniej — powiedział w końcu.
Clara spojrzała na niego długo i uważnie.
— Mogłam przez pięć lat być cichsza — odpowiedziała. — I już nie będę.
Za oknem rozległ się huk fajerwerków. Zegar wybił północ.
Clara podeszła do okna, wzięła kieliszek i po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiechnęła się — nie dla kogoś, lecz dla siebie.
Ten Nowy Rok powitała wolna.