— „Twoja żonka, widzę, zupełnie nie potrafi szanować gości. Trzeba ją lepiej wychować” — oburzył się brat męża.

Anna stała przy lodówce i patrzyła na kalendarz, jakby był jej osobistym wrogiem. Piątek. Serce nieprzyjemnie się ścisnęło. To znaczy, że jutro przyjadą. Jak w zegarku. Raz na dwa miesiące. Nie wizyta — a klęska żywiołowa. Już widziała, jak Piotr ze swoją Magdą i dwójką dzieci znowu wpadną do ich dwupokojowego mieszkania, wypełniając sobą całą przestrzeń, powietrze i jej cierpliwość.

— Kochanie, nie zapomniałaś, że jutro przyjeżdża Piotr? — dobiegł z salonu głos Tomasza, który jak gdyby nigdy nic oglądał wiadomości.

Zapomniała. Oczywiście. O takich rzeczach zapomina się tylko w koszmarach.

— Pamiętam — odpowiedziała krótko Anna, wyjmując mięso z lodówki. Trzeba było przygotować się na oblężenie.

Piotr był starszy od Tomasza o pięć lat i uważał to za dożywotnią licencję na pouczanie młodszego brata. Po otwarciu firmy budowlanej gdzieś pod Poznaniem wyobrażał sobie, że jest niemal magnatem. Trzy koparki, ośmiu pracowników — i korona na głowie. Anna doskonale wiedziała, że interesy nie idą mu tak dobrze, jak opowiadał, ale Piotr z uporem odgrywał rolę wielkiego biznesmena.

A Tomasz pracował jako inżynier w biurze projektowym. Projektował mosty, drogi, węzły komunikacyjne. Miał stabilną pensję i szacunek w pracy. Dla Piotra było to jednak „siedzenie w urzędzie” i „brak ambicji”.

*

Następnego dnia dokładnie o drugiej po południu zadzwonił dzwonek do drzwi. Anna zerknęła w lustro: domowa koszulka, dżinsy, włosy niedbale związane. Idealnie. Im mniej gościnności, tym lepiej.

— Anka! No wreszcie! — Piotr wpadł do przedpokoju jak czołg. Za nim Magda i dzieci — Kacper i Zosia. — No i jak tam żyjecie?

— Dzień dobry — Anna wymusiła uśmiech.

Piotr od razu zmierzył przedpokój krytycznym spojrzeniem:

— Remont bez zmian. Mówiłem, że trzeba coś odświeżyć. Tapety już ledwo żyją.

Magda krążyła po mieszkaniu:

— Anka, a kanapy dalej nie wymieniliście? Jakaś taka… zmęczona.

Dzieci włączyły telewizor i zajrzały do lodówki.

— Niech biorą — махnął ręką Piotr. — Przecież jesteśmy rodziną.

Anna zacisnęła wargi. Rodzina. W której ona była wieczną pomocą kuchenną.

O szóstej stół był już nakryty. Solanka, sałatka i gulasz, który dusił się przez trzy godziny.

— Nieźle! Cały dzień gotowałaś? — uśmiechnął się ironicznie Piotr.

— Prawie — odpowiedziała sucho Anna.

— Nie trzeba było się tak starać. My nie jesteśmy wybredni.

Spróbował gulaszu, pogryzł, skrzywił się:

— Mięso twarde.

*

— Normalne — wtrącił Tomasz.

— Ty się nie znasz. Magda u nas… nauczyła się tego za granicą. A to… — stuknął widelcem w talerz. — Anka, przynieś coś innego. Tego nie da się jeść.

— Innego dania na ciepło nie ma — odpowiedziała spokojnie Anna.

— Jak to nie ma?! A jeśli gościom nie smakuje?

— To niech jedzą sałatkę.

Piotr odchylił się na krześle:

— Tomasz, słyszysz? Twoja żona zupełnie nie potrafi przyjmować gości. Trzeba ją lepiej wychować.

Anna powoli wstała. Wzięła swój talerz. Podeszła do Piotra — i wylała gulasz prosto na jego kolana.

— Co ty wyprawiasz?! — wrzasnął.

— A teraz słuchajcie uważnie — powiedziała spokojnie Anna. — Albo wychodzicie stąd natychmiast, albo następny będzie garnek.

— Jak ty śmiesz?! To nie jest twoje mieszkanie!

— I nie twoje — Anna skręciła ręcznik. — Do wyjścia. Natychmiast.

Piotr cofnął się i krzyknął:

— Tomasz! I ty tak będziesz milczał?!

*

Cisza w pokoju zgęstniała. Nawet dzieci przestały oddychać. Tomasz powoli wstał od stołu. Po raz pierwszy od lat Anna zobaczyła go nie zagubionego i winnego — lecz zmęczonego. Głęboko i ostatecznie.

— Piotr — powiedział cicho, ale tak, że każde słowo trafiało w punkt. — Zabierzesz teraz swoją rodzinę i wyjdziesz.

— Co?! — Piotr wyprostował się, zapominając o plamach na spodniach. — Zwariałeś? Ona oblała mnie jedzeniem!

— A ty ją — przez trzy lata — uciął Tomasz. — Słowami. Pogardą. Upokorzeniem. I nie będę już udawał, że nic się nie dzieje.

Magda przytuliła Zosię i wyszeptała:

— Piotr, chodźmy… To nie jest normalne.

— Milcz! — warknął, ale już bez dawnej pewności.

Anna stała obok i nagle zrozumiała: już się nie boi. Ani jego krzyku. Ani jego pozycji. Ani jego obecności.

— Zawsze przychodziłeś tu jak właściciel — kontynuował Tomasz. — Krytykowałeś mój dom, moją pracę, moją żonę. A ja na to pozwalałem. Ze słabości. Z przyzwyczajenia. Ale od dziś — koniec.

— Wybierasz ją?! — Piotr wskazał palcem na Annę.

— Wybieram swoją rodzinę — odpowiedział spokojnie Tomasz. — I to jest ona.

Te słowa zabrzmiały jak zatrzaśnięcie zamka.

*

Piotr jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, potem gwałtownie chwycił kurtkę.

— Zapamiętaj to, bracie. Jeszcze pożałujesz.

— Nie — powiedziała cicho Anna. — To ty pożałujesz, że nigdy nie nauczyłeś się szanować cudzych granic.

Magda już ciągnęła dzieci do drzwi. Po chwili trzask zamykanych drzwi przeciął ciszę ostatecznie.

Anna powoli opadła na krzesło. Ręce jej drżały.

— Przepraszam cię — powiedział Tomasz. — Powinienem był zrobić to dawno temu.

— Najważniejsze, że zrobiłeś to teraz — odpowiedziała.

W milczeniu sprzątali ze stołu. Bez pośpiechu. Bez napięcia. Jak ludzie, którzy wreszcie zrzucili z siebie ciężki balast.

Późno w nocy Anna znów spojrzała na kalendarz. Po raz pierwszy od trzech lat daty nie budziły lęku.

Piątki przestały być straszne.

A w ich domu zapanowała cisza — prawdziwa.