„Nie najmowałam się na nianię! To dzieci twojej siostry — niech ona sama się nimi zajmuje” — ucięła mężowi Klara

Piątkowy wieczór zapowiadał się leniwie, jak stary romans, i przytulnie jak zdeptane domowe kapcie. Klara, czterdziestoośmioletnia kobieta o psychice stabilnej jak u głównej księgowej i doświadczeniu życiowym, którego nie da się przepić (zresztą nie ma kiedy), marzyła tylko o jednym.
O ciszy.

W piekarniku dochodził kurczak z ziemniakami — danie banalne, ale niezawodne jak karabin Kałasznikowa. Klara już w myślach nalewała sobie kieliszek czerwonego półwytrawnego wina i włączała serial kryminalny, w którym wszystkie problemy rozwiązują się w czterdzieści minut, a dobro zawsze zwycięża zło — czasem przy pomocy służbowej broni.

*

Sielankę przerwał dźwięk klucza w zamku. Wrócił Wiktor.

Po odgłosie jego kroków Klara potrafiła określić nastrój męża z dokładnością sejsmografu. Tego wieczoru kroki były szurające, winne i podejrzanie miękkie. Tak chodzą ludzie, którzy albo stłukli ulubiony wazon teściowej, albo zaraz będą prosić o pieniądze bez zamiaru oddania.

Wiktor wsunął się do kuchni, starając się zajmować jak najmniej miejsca.

— Cześć, Klarciu… pachnie obłędnie! — zaczął niezgrabnym komplementem, zaglądając do piekarnika.

Klara bez słowa wyjęła blachę, z hukiem postawiła ją na drewnianej podstawce i pytająco uniosła brew.

— No? — zapytała. — Czemu się miętosisz jak studentka przed egzaminem?

Wiktor westchnął, usiadł na taborecie i, nie patrząc jej w oczy, wypalił:

— Dzwoniła Laura. Ma nagły problem.

Na dźwięk imienia szwagierki Klara nerwowo drgnęła powieką. Laura, młodsza siostra Wiktora, była kobietą-festiwalem, kobietą-katastrofą i kobietą „pożycz mi” w jednym. Miała czterdzieści lat, dwóch synów rok po roku — Artura i Denisa, dziesięcio- i jedenastoletnich, trzech byłych mężów i permanentne poszukiwanie siebie. Ostatnio szukała siebie na kursach „odblokowywania kobiecego strumienia obfitości”, co kosztowało Wiktora dziesięć tysięcy złotych, wyciągniętych po cichu z koperty na zimowe opony.

— I co tym razem? — Klara zaczęła nakładać ziemniaki. — Merkury wsteczny przeszkodził w znalezieniu pracy? Czy trzecie oko swędziało?

— Nie, Klara… tym razem serio. Dostała ofertę last minute. Do Turcji. Na tydzień. Rozumiesz, musi podleczyć nerwy, ułożyć sobie życie. Jest na skraju.

Zawahał się, po czym wyrzucił z siebie:

*

— W każdym razie przywiezie nam chłopaków. Jutro rano. Na tydzień.

— Nie — powiedziała spokojnie Klara.

— Jak to „nie”?

— Nie najmowałam się na nianię! To dzieci twojej siostry — niech ona sama się nimi zajmuje.

Wiktor próbował grać na litość, na „rodzinę”, na „ostatnią szansę”. Klara odpowiadała faktami, liczbami i wspomnieniem kota Feliksa, który kiedyś był zielony od zielonej farbki.

W końcu zapadła decyzja.

— Jeśli ich bierzesz — to twoja odpowiedzialność. Ja palcem nie kiwnę.

— Jasne, Klarciu! Nawet nie zauważysz, że tu są!

„Błogosławieni, którzy wierzą” — pomyślała Klara.

Laura przywiozła dzieci w sobotę o ósmej rano. Bez pieniędzy. Z obietnicą magnesu na lodówkę.

Chaos pojawił się natychmiast.

Chłopcy jedli, jakby świat miał zaraz skończyć zapasy. Kot wyemigrował na szafę. W mieszkaniu zapanował hałas, zapach obcych butów i klimat taniego hostelu.

Wiktor trzymał się dzielnie. Do wtorku.

We wtorek Klara została dłużej w pracy. Raport kwartalny nie zgadzał się o trzy grosze.

Gdy wróciła do domu, zobaczyła górę naczyń, lepką podłogę i Wiktora z pustym kartonem po pizzy.

*

— Cześć — powiedziała. — Co na kolację?

— Klara… nie zdążyłem. Chłopcy krzyczeli, byli głodni. Musiałem zamówić pizzę. Dwie.

— Za jakie pieniądze?

Wiktor przełknął ślinę.

— No… wziąłem z koperty „na opłaty”. W piątek oddam z wypłaty!…

Klara w milczeniu zdjęła płaszcz.

Robiła to powoli, dokładnie, niemal ceremonialnie. Wiktor znał ten rytuał. To nie zapowiadało awantury. To zapowiadało wyrok.

— Usiądź prosto — powiedziała Klara. — I zdejmij ręce z twarzy.

— Umowa była jasna — kontynuowała. — Ty odpowiadasz. Ja nie uczestniczę. Właśnie złamałeś wszystko naraz.

Z pokoju dobiegły krzyki, trzask drzwi, „u mamy wolno” i awantura o ładowarkę.

— Oto efekt twojej miękkości — powiedziała spokojnie.

Kiedy Wiktor przyznał, że sobie nie radzi, Klara tylko skinęła głową.

— Jutro dzwonisz do Laury.

— Obrazi się…

*

— Świetnie.

Rozmowa z Turcji była głośna. Ale po raz pierwszy Wiktor mówił twardo.

Wieczorem przyszedł przelew.

Dzień później Laura wróciła. Bez magnesu. Z kamienną twarzą.

Chłopców zabrała w ciszy.

Kiedy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu znów zapanowała cisza.

Prawdziwa.

Kot Feliks ostrożnie wyszedł z kryjówki.

— Przepraszam — powiedział Wiktor.

Klara nalała sobie kieliszek czerwonego wina, włączyła serial i usiadła na kanapie.

— Mam nadzieję, że zrozumiałeś — powiedziała.

Zrozumiał.

Cisza wróciła na swoje miejsce.

I tym razem — na długo.