Urodzi się — zrobisz test DNA

Czasem prawda nie krzyczy.
Czasem się uśmiecha.

Stoi naprzeciwko ciebie — spokojna, pewna siebie, z dłońmi opartymi na brzuchu — i wypowiada zdanie, po którym życie rozsypuje się na kawałki.

— Urodzi się — zrobisz test DNA.

Frederick patrzył na żonę tak, jakby widział ją po raz pierwszy.

— Czyje to dziecko? — jego głos był głuchy. — Pytam jeszcze raz: czyje?

*

Margot nawet nie drgnęła.

— Co za głupie pytania. Nawet nie chce mi się odpowiadać.

— Wiem wszystko. Widziałem was. I nie tylko ja. — Frederick z trudem się powstrzymywał. — Mów. Czyje to dziecko?

Margot powoli położyła dłonie na brzuchu i uśmiechnęła się — spokojnie, pewnie, niemal drwiąco.

— Co ty widziałeś? To twoje dziecko.

— Jak to udowodnisz?

— Jeszcze mam coś udowadniać? — prychnęła. — Urodzi się — zrobisz test DNA. A póki co, mój drogi, znoś moją obecność.

Wyszła z pokoju, zostawiając go w ogłuszającej ciszy.

*

Margot przyjechała do wielkiego miasta z małego prowincjonalnego miasteczka. Bez pieniędzy, bez znajomości, ale z ogromnym pragnieniem wyrwania się. Powrót do rodziców oznaczał porażkę.

— Jeśli wyjedziesz — nie wracaj! — krzyczał ojciec.

— W czym znowu jestem winna?! — krzyczała w odpowiedzi.

Machnął ręką.

— Powiedziałem wszystko.

Wyjechała.

Margot chwytała się każdej okazji. Właśnie na jednej z imprez poznała Fredericka.

Był prostym, dobrym, miejscowym facetem. Jednym z tych, którzy kochają szczerze. Zakochał się od razu.
Margot szybko zrozumiała: to jej szansa.

*

Zaproponował, by zamieszkała z nim. Duże mieszkanie, które dzielił ze starszą siostrą — Anną.

— Anno, poznaj Margot. To moja żona.

— Jak to — żona? — Anna spojrzała uważnie. — Jak długo ją znasz?

— Tydzień.

— Żaden urząd stanu cywilnego nie udziela ślubu po tygodniu.

A jednak się pobrali. Po znajomości. To był warunek Margot.

Anna od razu wyczuła fałsz. Konflikty stały się codziennością.

— Przecież noszę twoje dziecko! — krzyczała Margot.

— Kiedy zdążyłaś? — ironizowała Anna.

Frederick miotał się między nimi. Chciał wierzyć.

Margot żyła jednak po swojemu. Znikała wieczorami. Ukrywała telefon.

Anna obserwowała.

I w końcu ją śledziła.

Restauracja. Droga. Mężczyzna. Uściski.

— No pięknie… — szepnęła Anna, robiąc zdjęcia.

Wieczorem bez słowa położyła telefon przed bratem.

— Patrz.

Frederick długo patrzył na ekran.

*

— Gdzie to było?

Anna podała adres.

Tego samego wieczoru zadał pytanie, którego bał się najbardziej.

— Czyje to dziecko?

Przez miesiąc w domu panowała ciężka cisza.
Frederick zaczął robić to, na co wcześniej by się nie odważył.

Zajrzał do jej rzeczy.

I znalazł złożoną kartkę z wynikami USG.

Stał na środku pokoju, ściskając papier w dłoniach, i powoli docierało do niego jedno:

termin ciąży był dłuższy niż czas ich znajomości…

Tamtej nocy Frederick nie spał. Nie czuł już złości — w środku była pustka.

Rano nie poszedł do pracy.

Margot wyszła do kuchni pewnym krokiem.

— Dlaczego jesteś w domu?

— Usiądź — powiedział cicho.

— Musimy porozmawiać.

— Znowu? — uśmiechnęła się ironicznie.

— Widziałem USG.

Margot znieruchomiała. Tylko na sekundę.

— I co? — chłodno. — Grzebiesz w moich rzeczach?

— Byłaś w ciąży, zanim się poznaliśmy.

Wyprostowała się.

— Tak. I co z tego? Ożeniłbyś się, gdybyś wiedział?

— Wykorzystałaś mnie.

— Nie dramatyzuj — rzuciła. — Sam chciałeś być bohaterem.

Do kuchni weszła Anna.

— W końcu powiedziałeś — spokojnie. — Brawo.

— Jesteś zadowolona? — zapytała Margot złością.

— Jestem zadowolona, że mój brat nie żyje już w iluzji.

*

Frederick wstał.

— Składam wniosek o unieważnienie małżeństwa. Mam dowody.

— Wyrzucasz ciężarną kobietę? — syknęła Margot.

— Wyjdziesz dziś — powiedziała Anna. — Po dobroci.

Margot wyszła po dwóch godzinach. Z walizką. Bez łez.

Po miesiącu małżeństwo zostało unieważnione.

Margot zniknęła z ich życia.

Frederick długo dochodził do siebie. Uczył się ufać na nowo — przede wszystkim sobie.

— Nie byłeś słaby — powiedziała kiedyś Anna. — Byłeś dobry. To nie jest przestępstwo.

Skinął głową.

A zdanie „Urodzi się — zrobisz test DNA” zostało w przeszłości —
jako przypomnienie,
że kłamstwo zawsze ma swój koniec.