„Wywiozłeś moją córkę na mróz bez ciepłych ubrań?”
Katarzyna znieruchomiała w progu dziecięcego pokoju, wpatrując się w puste łóżeczko.
Kołdra była zrzucona, pluszowy królik leżał na podłodze, a lufcik był szeroko otwarty, wpuszczając lodowate styczniowe powietrze. Zimno uderzyło ją w twarz tak gwałtownie, że aż zabrakło jej tchu.
Serce zapadło się gdzieś głęboko.
— Marysia?.. — zawołała, już wiedząc, że nie usłyszy odpowiedzi.
Zegar na ścianie wskazywał wpół do dziewiątej wieczorem. Katarzyna wróciła z pracy wcześniej niż zwykle — w biurze wyłączono ogrzewanie. Spodziewała się zastać córkę już śpiącą, a męża — jak zawsze — leżącego na kanapie przed telewizorem.
Zamiast tego mieszkanie wypełniały cisza i chłód.
Telefon zadzwonił dokładnie w chwili, gdy wybierała numer męża.
Na ekranie pojawiło się: „Piotr”.
*
— Gdzie jesteś? — wypaliła bez przywitania. — Gdzie jest Marysia? Dlaczego w domu jest tak zimno?
— Nie podnoś głosu — odpowiedział poirytowanym tonem. — Jesteśmy u mamy. Wszystko w porządku.
— U jakiej mamy? Dlaczego jesteście u twojej matki o dziewiątej wieczorem? Marysia jutro idzie do przedszkola!
— Kasia, tylko nie zaczynaj. Mama chciała zobaczyć wnuczkę. Wpadliśmy na chwilę, już wracamy.
Palce Katarzyny zdrętwiały.
Teściowa mieszkała na drugim końcu miasta, w starej kamienicy obok strefy przemysłowej. Sama droga zajmowała co najmniej czterdzieści minut — bez korków.
— Pojechaliście tam przy minus dwudziestu stopniach? — głos Katarzyny zadrżał. — Piotr, Marysia tydzień temu miała gorączkę. Lekarz przecież mówił…
— Lekarz, lekarz — przerwał jej. — Tylko lekarzy słuchasz.
Mama uważa, że dziecku potrzebne jest świeże powietrze, a nie siedzenie w domu. Trzeba hartować, a nie przegrzewać.
Połączenie zostało przerwane.
Katarzyna usiadła na skraju łóżka. Za oknem wył wiatr, rzucając śnieg w szybę. W taką pogodę sama prawie biegła od metra, szczelnie owinięta kurtką.
A jej pięcioletnia córka jechała teraz przez całe miasto — bo tak zdecydowała teściowa.
*
Wrócili dopiero po półtorej godziny.
Trzasnęły drzwi wejściowe, rozległy się kroki. Katarzyna wyszła na korytarz — i zamarła.
Marysia stała w przedpokoju, blada, z sinymi ustami. Na głowie miała cienką, ażurową czapeczkę „dla urody”. Kurtka była rozpięta, szalika nie było wcale. Na nogach — jesienne buty z cienką podeszwą.
— Mamusiu… — wyszeptała dziewczynka i zaczęła drobno drżeć.
Katarzyna natychmiast wzięła córkę na ręce.
Policzki były lodowate. Dłonie — jak z lodu.
— Piotr — jej głos nie był już głośny. — Gdzie jest jej ciepła kurtka? Gdzie rękawiczki? Gdzie zimowa czapka?
Piotr nie patrzył na nią.
— Mama powiedziała, że za bardzo ją ubierasz — wymamrotał. — Że zimno jest zdrowe. To hartowanie. Wszyscy tak robią.
Katarzyna powoli przytuliła Marysię.
W tej chwili coś w niej ostatecznie pękło — cicho, bez huku.
Podniosła wzrok na męża.
I nagle zrozumiała:
dziś nie wybrał matki swojego dziecka.
Wybrał swoją matkę.
*
Katarzyna sięgnęła po walizkę, zanim Piotr zorientował się, że rozmowa dobiegła końca.
Najpierw w milczeniu zaniosła Marysię do łazienki. Nalała ciepłej wody — nie gorącej, tak jak zalecał pediatra. Dziewczynka pochlipywała, wtulona w jej ramię, a Katarzyna czuła, jak małe dłonie powoli się ogrzewają.
— Już dobrze, skarbie — szeptała. — Mama jest przy tobie.
Gdy Marysia zasnęła, owinięta w dwa koce, Katarzyna cicho zamknęła drzwi do dziecięcego pokoju i wyszła do kuchni.
Piotr siedział przy stole, wpatrzony w telefon.
— Zdajesz sobie sprawę, co mogło się stać? — zapytała spokojnie.
— Kasia, wystarczy — westchnął zmęczonym głosem. — Przesadzasz. Przecież nic się nie stało.
Katarzyna patrzyła na niego długo.
— Właśnie powiedziałeś „nic”?
— Powiedziałem, że wszystko się skończyło dobrze — odpowiedział z irytacją. — Mama wychowała troje dzieci — i nic.
— Właśnie — powiedziała cicho Katarzyna. — Mama.
Nie ty.
Podeszła do szafy, wyjęła walizkę i postawiła ją pod ścianą.
— Co ty robisz? — zapytał niepewnie Piotr.
— Daję ci szansę być dobrym synem — odpowiedziała spokojnie. — Skoro dziś nie potrafiłeś być mężem i ojcem.
— Wyrzucasz mnie? Przez jedną wizytę?
Katarzyna odwróciła się do niego.
— Nie przez wizytę.
Przez wybór.
Pakowała jego rzeczy szybko, bez pośpiechu. Piotr mówił coś o rodzinie, o tym, że „trzeba porozmawiać”, że „ona przesadza”, ale słowa nie miały już znaczenia.
*
— Dopóki tu mieszkasz — powiedziała, zapinając zamek walizki — jesteś albo ojcem mojej córki, albo synem swojej matki. Trzeciej opcji nie ma.
— A jeśli nie wyjdę? — zapytał cicho.
Katarzyna spojrzała w stronę pokoju dziecięcego.
— Wtedy wyjdę ja. Z Marysią. Natychmiast.
Zamilkł.
Dwadzieścia minut później Piotr stał w przedpokoju z walizką. Kurtkę zakładał powoli, jakby liczył, że go zatrzyma. Ale Katarzyna stała spokojnie.
— Zadzwoń, kiedy zdecydujesz, kim jesteś — powiedziała. — Synem… czy ojcem.
Drzwi się zamknęły.
Katarzyna oparła się o ścianę i głęboko odetchnęła. W mieszkaniu było cicho.
Ciepło. Naprawdę ciepło.
Weszła do pokoju Marysi, usiadła obok łóżka i pogładziła ją po włosach. Dziewczynka spała spokojnie.
Katarzyna uśmiechnęła się.
Tego wieczoru dokonała jedynego możliwego wyboru.
I już nigdy nie pozwoli, by ktoś dokonywał go za nią.