Kiedy Wiera wsiadła do swojego samochodu, od razu zrozumiała, że ktoś nim jeździł. Ale mąż nie przyznawał się, dopóki nie przyszedł mandat ze zdjęciem.

Wiera poczuła podstęp jeszcze zanim przekręciła kluczyk w stacyjce.

Coś było nie tak z jej autem — jakby ktoś obcy zostawił w środku niewidzialne ślady swojej obecności.

Przez siedem dni była u rodziców w Twerze, odpoczywała od moskiewskiego zgiełku.

Teraz, wróciwszy na podwórze ich bloku na południowym zachodzie Moskwy, Wiera wsiadła za kierownicę swojego czerwonego „Forda” i od razu zrozumiała, że ktoś tu rządził.

Fotel kierowcy był przesunięty znacznie bliżej kierownicy, a na desce rozdzielczej migała kontrolka niskiego poziomu paliwa. Kiedy wyjeżdżała, bak był prawie pełny.

Radio było nastawione na jakąś tandetną popową stację, choć Wiera nigdy nie słuchała niczego poza muzyką klasyczną i wiadomościami.

*

Weszła na swoje piętro i do mieszkania. Anatol krzątał się w kuchni, smażył sobie omlet i na widok żony uśmiechnął się radośnie, jakby nic się nie stało.

— Tolik, kto jeździł moim samochodem? — zapytała Wiera bez wstępów, stawiając torbę na pufie w przedpokoju.

— Co za bzdury, Wieroczka, wydaje ci się. Kto miałby brać twój samochód?

— Nie wydaje mi się. Nie jestem idiotką, żebym niczego nie zauważyła.

Anatol wzruszył ramionami i dalej przygotowywał śniadanie, podśpiewując pod nosem.

Wiera zezłościła się na to, że mąż po prostu ją zignorował, ale postanowiła nie robić awantury.

Przed wyjazdem do rodziców Anatol zachowywał się dziwnie. Zwykle był przygnębiony, gdy Wiera gdzieś wyjeżdżała bez niego, a tym razem aż promieniał — pomagał jej pakować walizkę i nawet zaproponował, że zawiezie ją na dworzec.

— Tak się cieszysz, że odpoczniesz ode mnie? — zapytała wprost Wiera, wkładając kosmetyczkę do torby.

— Co ty mówisz, po prostu jesienią zawsze mam dobry nastrój. Lubię tę porę roku.

Wiera spojrzała przez okno. Panował wrześniowy dzień: deszcz zamieniał podwórkowe ścieżki w błotnistą breję z liści, niebo było ciężkie od chmur, a wiatr wyginał brzozy niemal do ziemi.

Jak w taką pogodę normalny człowiek może mieć dobry humor?

Ale przemilczała to. Nie chciała psuć sobie urlopu kłótniami.

 *

Kiedy Wiera wróciła z Tweru, nastrój Anatola zmienił się diametralnie.

Chodził ponury, odpowiadał półsłówkami, a gdy zapytała, co się stało z jego „jesienną radością”, całkiem zamilkł. Jakby ktoś go podmienił.

— Co, jesień już się skończyła? — nie wytrzymała Wiera, patrząc, jak mąż wymienia żarówkę w salonie. — Wrzesień jeszcze się nie skończył, a ty już kwaśny jak cytryna.

Anatol stał na drabinie i nawet nie odwrócił w jej stronę głowy.

Tylko mocniej zacisnął usta i dalej dłubał przy oprawce. Wiera poczuła, jak między nimi zawisa mur milczenia.

— Może opowiesz, co się wydarzyło, kiedy mnie nie było? — spróbowała jeszcze raz.

— Nic się nie wydarzyło — burknął Anatol, schodząc z drabiny. — Praca, dom, praca, dom. Zwykłe życie.

Ale Wiera widziała, że coś jednak się wydarzyło.

Mąż unikał jej wzroku, mówił przez zęby i zachowywał się jak ktoś przyłapany na czymś niegodnym.

Postanowiła na razie nie naciskać, ale mieć się na baczności.

 *

W poniedziałek rano Wiera pojechała do pracy w agencji reklamowej.

Zaparkowała na parkingu służbowym przy biurze i już szła do wejścia, gdy zawołał ją Igor z sąsiedniego działu.

— Wiera, a kiedy zdążyłaś porysować samochód? — zapytał, podchodząc bliżej.

— Co? — zdziwiła się.

— No tam, przy bagażniku. Widzisz tę smugę? Pewnie ktoś zahaczył na podwórku i uciekł. U nas w zeszłym roku było to samo.

Wiera obeszła auto i przykucnęła. Rzeczywiście — od tylnej lampy ciągnęła się cienka, ale wyraźna rysa, długa na jakieś dwadzieścia centymetrów. Lakier był zdarty do metalu.

— Świnie — mruknęła. — Uderzyli i uciekli.

Przez cały dzień myślała o tej rysie. Zawsze parkowała ostrożnie, trzymała odstępy, nigdy nie wciskała się w ciasne miejsca.

 *

Wieczorem, wracając do domu, Wiera znalazła w skrzynce awizo.

Nie odkładając sprawy, od razu poszła na najbliższą pocztę.

Pracownica długo szukała listu, sprawdzała dokumenty, w końcu podała gruby kopertę z pieczęciami.

Wiera otworzyła ją od razu przy okienku.

Mandat za niezapięty pas. Do decyzji dołączone było zdjęcie z kamery drogowej.

Wiera spojrzała — i poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg.

Za kierownicą jej samochodu siedziała nieznana młoda kobieta z długimi, ciemnymi włosami.

A na miejscu pasażera, odwrócony do niej i coś mówiący, siedział Anatol. Jej mąż.

Wiera usiadła na ławce przy poczcie i długo patrzyła na zdjęcie.

Data mandatu — zeszła środa. Dokładnie wtedy, gdy była w Twerze.

Wszystko nagle się ułożyło: przesunięty fotel, pusty bak, radio, jego radość przed wyjazdem i ponurość po powrocie. I ta rysa — dziewczyna pewnie kiepsko prowadzi.

 *

Do domu Wiera wróciła w stanie wściekłości, jakiej nie czuła od lat. Anatol siedział w fotelu przed telewizorem, oglądał mecz i łuskał pestki.

Na widok żony nawet nie odwrócił głowy.

— Wytłumacz mi to — rzuciła Wiera, ciskając mandat na jego kolana.

Anatol spojrzał na zdjęcie i pobladł.

Długo milczał, obracając dokument w rękach, potem odłożył go i spojrzał na żonę.

— Co tu tłumaczyć — powiedział spokojnie, bez cienia skrępowania. — To Lena. Kobieta, do której zamierzam od ciebie odejść.

Wiera poczuła, jak wszystko w niej się przewraca. Spodziewała się zaprzeczeń, kłamstw, wymówek — ale nie tak bezczelnej szczerości.

— Co? — wyszeptała. — Co ty mówisz?

— Myślę o tym od dawna. Lena jest w ciąży, niedługo rodzi, a jeżdżenie metrem i autobusami jest dla niej trudne. Uczyłem ją prowadzić. Myślę, że przy rozwodzie oddam jej ten samochód.

— Ty w ogóle słyszysz, co mówisz? — głos Wiery dźwięczał od wściekłości…

Przez kilka sekund w pokoju panowała cisza. Tak gęsta, że Wiera słyszała tykanie zegara i to, jak Anatol przesuwa pestki w ustach.

— Ty w ogóle słyszysz, co mówisz? — powtórzyła ciszej, ale od tego jeszcze groźniej.

Anatol wzruszył ramionami.

*

— Wiera, nie zaczynaj. Wszystko już jest postanowione. Po prostu powiedziałem prawdę.

— Prawdę? — gorzko się uśmiechnęła. — Uważasz za uczciwe brać mój samochód za moimi plecami, wozić w nim inną kobietę, kłamać mi w oczy, a potem spokojnie oznajmić, że „oddasz” go komuś innemu?

— Nie dramatyzuj — odburknął. — To tylko samochód.

I wtedy Wiera zrozumiała: on naprawdę tak myśli.
Dla niego to „tylko samochód”. Tak samo jak ona — „tylko żona”.

— W takim razie słuchaj uważnie — powiedziała spokojnie.

Podeszła bliżej.

— Samochód kupiłam przed ślubem. Za własne pieniądze. Wszystkie dokumenty są na mnie. Nie miałeś prawa wsiadać za kierownicę. A już na pewno uczyć na nim jazdy swojej kochanki.

— Grozisz mi? — zmrużył oczy.

— Nie. Ostrzegam cię.

*

Zaśmiał się, ale w jego oczach pojawił się niepokój.

Tej nocy Wiera nie spała. A rano poszła do prawnika.

— Robi pani wszystko właściwie — powiedział po przejrzeniu dokumentów. — Mandat da się podważyć. Nielegalne użycie samochodu jest udokumentowane.

Anatol zrozumiał powagę sytuacji tydzień później, gdy dostał wezwanie.

Dzwonił. Krzyczał. Potem prosił, żeby „nie niszczyć mu życia”.

— Ja niczego nie niszczę — odpowiedziała spokojnie Wiera. — Po prostu już nie pozwalam niszczyć mojego.

Lena zniknęła prawie natychmiast.
Ciąża przestała być argumentem bez samochodu i pieniędzy.

Rozwód sfinalizowano szybko.

W dniu, gdy Anatol zabierał swoje rzeczy, Wiera spokojnie siedziała w kuchni.

— Jeszcze pożałujesz — rzucił na odchodne.

— Nie — odpowiedziała. — Już nie.

*

Wieczorem Wiera wsiadła do swojego czerwonego „Forda”, ustawiła fotel, włączyła radio — popłynęła muzyka klasyczna. Bak był pełny.

Wyjechała z podwórza i po raz pierwszy od dawna nie poczuła bólu.

Poczuła wolność.