Długo patrzyłam na ekran.

Zdjęcie było wyraźne. Zbyt wyraźne, by uznać je za pomyłkę albo fotomontaż.
To byłam ja.
Nie w sukni ślubnej.
Nie szczęśliwa.

Ja — w innym mieście. Kilka lat wcześniej. W kancelarii notarialnej. Z teczką dokumentów w rękach.
Obok — Julien. I podpis. Mój podpis.

*

Serce zapadło mi się gdzieś w dół.

Powoli przewinęłam dalej.
Drugie zdjęcie. Trzecie.
Dokumenty. Wyciągi bankowe. Daty. Pieczęcie.

I ostatnia fotografia.

Na niej Madeleine stała obok Juliena, trzymając go za rękę.
Pod zdjęciem widniał podpis:

„Gratulacje. Teraz już rozumiesz, po co byłaś mu potrzebna.”

Telefon wyślizgnął mi się z palców i głucho uderzył o dywan.

Nagle zrozumiałam, że cała ta godzina — nie była upokorzeniem.
To było ostrzeżenie.

*

I właśnie w tej chwili za moimi plecami rozległ się cichy głos:

— Już obejrzałaś?

Powoli się odwróciłam.

Julien nie spał.

Siedział na łóżku, opierając łokcie na kolanach. Włosy wciąż miał wilgotne po prysznicu.
Twarz spokojna. Zbyt spokojna.

— A więc uznała, że to już czas — powiedział obojętnie. — Myślałem, że poczeka do rana.

— Co… to jest? — mój głos ledwo był słyszalny. — Co ty mi zrobiłeś?

*

Westchnął, jakby był zmęczony długim tłumaczeniem.

— Niczego nie zrobiłem, Klara. Sama wszystko podpisałaś. Dobrowolnie. Po prostu… nie do końca rozumiałaś, co dokładnie.

Wstałam. Nogi mi się uginały, ale stałam.

— Ożeniłeś się ze mną przez to? — potrząsnęłam telefonem. — Przez pieniądze? Przez dostęp?

— Nie tylko — wzruszył ramionami. — Pasowałaś idealnie. Skromna. Ufna. Z przeszłością, którą łatwo było zinterpretować na dowolny sposób.

— A ona? — niemal krzyknęłam. — Ona jest twoją kochanką?

Julien uśmiechnął się krzywo.

— Jest moją partnerką. Prawdziwą.
Madeleine zainwestowała w mój biznes wszystko, kiedy byłem nikim. A ty… ty dałaś mi legalną fasadę.

*

Pokój zawirował.

— Groziłeś mi… — wyszeptałam. — Czym?

Spojrzał mi prosto w oczy.

— Tym, że jutro rano obudzisz się nie jako żona, lecz jako kobieta zamieszana w finansowe machinacje. Dokumenty są prawdziwe. Podpisy twoje.
Gdybyś wyszła — po prostu pozwoliłbym, by ta historia ujrzała światło dzienne.

Zaśmiałam się. Ostro. Nerwowo.

— Myślisz, że nie pójdę na policję?

— Pójdziesz — skinął głową. — Ale najpierw cię aresztują.
Mówił to z taką pewnością, jakby czytał prognozę pogody.

Powoli podeszłam do stolika i wzięłam kieliszek z wodą. Ręce mi drżały.

— Przeliczyłeś się, Julien.

*

Uniósł brew.

— W czym?

— W jednym.
Uważałeś mnie za słabą.

Odstawiłam kieliszek. Wyjęłam z torebki jeszcze jeden telefon. Stary. Ten, o którym nie wiedział.

— Kiedy ty się bawiłeś — powiedziałam cicho — ja już wysłałam wszystkie te zdjęcia adwokatowi mojego ojca. I dziennikarzowi.
Z datami. Z metadanymi. I z wyjaśnieniem, dlaczego podpisywałam dokumenty — pod presją.

Twarz Juliena zmieniła się po raz pierwszy.

— Blefujesz.

— Nie — uśmiechnęłam się. — I Madeleine o tym wie. Dlatego napisała do mnie pierwsza. Postanowiła ratować siebie.

Telefon w jego dłoni zawibrował.

*

Spojrzał na ekran. Zbladł.

— Ona… — zaczął.

— Już nie jest twoją partnerką — przerwałam mu. — Wydała cię.
Pochyliłam się bliżej.
— A wiesz, co jest najciekawsze?

Milczał.

— Wszystkie te dokumenty… — skinęłam głową w stronę telefonu. — Są prawnie skonstruowane tak, że ty wyglądasz na organizatora całego procederu. Ja — na ofiarę.

Przez kilka sekund panowała cisza.

— Zniszczyłaś wszystko — wyszeptał.

— Nie — wyprostowałam się. — Po prostu wyszłam z roli.

*

Zdjęłam pierścionek i położyłam go na szafce nocnej.

— Rano tu przyjdą. Policja. Prasa.
A ja wyjdę teraz.
W sukni. Bez rzeczy. Ale wolna.

Ruszyłam w stronę drzwi.

— Klara… — jego głos zadrżał po raz pierwszy.

Odwróciłam się po raz ostatni.

— Chciałeś, żebym patrzyła.
Teraz ty popatrz, jak rozpada się twoje życie.

Drzwi zamknęły się za mną.

I tym razem — bez zamka.